„Puść to!”, „Odpuść!”, „Uwolnij!” – jak często to słyszymy i jak często powtarzamy innym? Jak łatwo radzimy „Zmień, jeśli ci nie odpowiada”, „Zostaw go, jeśli wolisz kogoś innego”, „Uwolnij, jeśli chcesz wyzdrowieć”? Tymczasem niekoniecznie jest to recepta na życie. Trudno oprzeć się wrażeniu, że „odpuszczanie” i „uwalnianie” stało się obecnie panaceum na wszystko – na rozwój osobisty, duchowy, na szczęśliwe życie, satysfakcjonującą pracę i oczywiście udane związki.

 

Powiem ci, że nie ma Buddy, nie ma dharmy,

nie ma praktyki, nie ma przebudzenia.

/Lin -Chi/

 

W czym w takim razie tkwi ten urok odpuszczania, który przyciąga wielu z nas? Być może wydaje się nam, że przez tzw. puszczenie, uwolnienie, staniemy się wreszcie wolni i niezależni od czegoś, co jest albo na zewnątrz, albo wewnątrz nas i co w jakiś sposób nas ogranicza. Nie zdajemy sobie sprawy, że to, co puściliśmy, i tak – prędzej czy później – „dogoni” nas, tylko w nieco innej postaci, związku, relacji czy pracy, bowiem nie o „odpuszczanie” tu chodzi.

Zwykle im jesteśmy starsi, tym bardziej stajemy się świadomi tego, że żadne rozstanie w naszym życiu, żadne uwolnienie się od czegokolwiek, żadne porzucenie lub wręcz ucieczka od kogoś nie przyniosło trwałej ulgi i zadowolenia … Zawsze przychodzi następna rzecz, osoba, relacja, praca, która zaczyna nas uciskać i znowu pojawia się pomysł lub rada z zewnątrz „Puść to!”.

Przychodzi jednak i taki moment w życiu, kiedy zaczynamy zauważać, że walka z tym co na zewnątrz meczy bardziej niż to „coś”. Wtedy zaczynamy dopuszczać do siebie myśl, że być może przyczyna naszego niezadowolenia tkwi po prostu w nas samych. Wpadamy więc na pomysł, że to wszystko co wewnątrz nas, co wydaje się nas ograniczać, umieścimy w pudełku z napisem „ego”. Wtedy ego będzie pakietem tego wszystkiego, co w sobie odkryliśmy, a czego nie akceptujemy lub co z czasem nawet przyjmujemy, ale nadal trzymamy na dystans i z chęcią pakujemy w pudło „ego”. Kiedy już na drodze rozwoju osobistego oswoimy się z tym bagażem, ktoś życzliwy podpowie nam, że jest szansa na pozbycie się także tego, że na tym właśnie polega kolejny etap, czyli droga duchowa. Duchowość, jeśli zawiódł nas tzw. rozwój osobisty, staje się ostatecznym sposobem na odcięcie ego.

Co jednak, jeśli po latach praktyki, nadal będziemy bywali wściekli, smutni, zirytowani, albo na odwrót – wciąż pełni nadziei na lepsze, zdrowsze i bardziej barwne życie? Jak długo wytrwamy przy tych stanach, jak dużo czasu zajmie nam uświadomienia sobie, że nie możemy się pozbyć i tej złości, i tego smutku, i nadziei? Kiedy w końcu dotrze do nas albo nawet – kiedy w końcu doświadczymy tego – że nie ma takiej szansy, ponieważ wszystko, absolutnie wszystko jest jednym i tak naprawdę nie ma znaczenia czy nam sie to podoba czy też nie.

Oczywiście, nie jest to łatwe, ale warto zaryzykować choć raz w życiu zatrzymanie się chwilę dłużej przed tym momentem, kiedy rozdzielamy coś, zmieniamy na inne, poprawiamy, aby było „inne niż …”. Jeśli nigdy nie wytrzymaliśmy przy tym, to nie doświadczymy, że tak naprawdę żyjemy we wszystkim, ze wszystkim i poprzez wszystko. Oznacza to, że bez względu na to czy nam się to podoba czy nie, nie ma absolutnie nic, co byłoby od nas oddzielone, nic, co należałoby puścić, nic, od czego mielibyśmy się uwolnić, a więc także … pozbycie się potrzeby uwalniania staje pod znakiem zapytania 😉

Poczuliście to? 😉

 

_______________

Jeśli interesuje Was tradycja zen oraz pogłębianie treningu zen, polecamy lekturę najnowszej książce Alexandra Poraj-Żakieja „Wprowadzenie do ZEN. Historia – Praktyka – Współczesność” -> TUTAJ

Komentarze dla Odpuszczanie a trening zen

  1. Dariusz pisze:

    Nie chwytaj się niczego w swym umyśle. Co chwycisz ograniczy cię. Nawet to.
    >
    >
    Ten, który chce być wolny blokuje drogę ku wolności.
    >
    >
    Dariusz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *