Cóż takiego jest w Obecności, o której tyle mówimy w kontekście zen, że nas fascynuje? Dlaczego przyciągają nas i zatrzymują przy sobie nieco dłużej ludzie obecni, uważni, stabilni i jednocześnie elastyczni, tacy o których mówimy „osadzeni w tu i teraz”?

Czasami nawet trudno określić, co takiego jest w pewnych osobach, że bycie przy nich jest nie tylko przyjemnością, ale jednocześnie jest czymś niesamowicie naturalnym, czymś co zbyt rzadko zdarza się nam w życiu. Czymś do czego tak naprawdę tęsknimy. Krótko mówiąc, przy takich osobach czujemy, co to znaczy „po prostu być”, doświadczamy tego stanu w pełni i oczywiście chcielibyśmy zatrzymać go na dłużej. Co więcej, ulegamy złudzeniu, że ten ktoś nam „to coś” daje. To uczucie, ten spokój, poczucie zakorzenienia, bycia chwila za chwilą.

Można więc pokusić się o stwierdzenie, że jeżeli ktoś „jest obecny”, to jego stan „bycia” jest dla nas sam w sobie atrakcyjny. Atrakcyjny, czyli przyciąga nas, budzi zainteresowanie, zatrzymuje przy sobie. Powoduje, że chcemy to powtarzać, wracać do tego. Nieprzypadkowo atrakcyjność pochodzi od słowa „attract”, czyli przyciąganie. Tak więc osoba uznawana za atrakcyjną wcale nie musi spełniać pewnych wymogów kanonu urody, różnych w zależności od kultury, w której przychodzi nam żyć. Dzięki swojej obecności, osadzeniu w tu i teraz jest dla nas pociągająca taka, jak jest. Co więcej, właśnie taka! Jej obecność, uważność i związany z tym poziom energii powodują, że chcemy przy niej być. Dlaczego? O tym za chwilę.

Ciekawe, że wielu z nas spotkało w swoim życiu osobę, która owszem spełniała wszelkie „standardy” bycia atrakcyjną, ale spotkanie z nią nie przyniosło nam zadowolenia. Może być i inaczej, ktoś nie spełnia tych warunków, a mimo to przyciąga nas, czujemy się przy nim dobrze, jesteśmy bardziej osadzeni w teraźniejszości i chcemy do niej wracać, powtarzać to wspólne „bycie”. I nie chodzi tutaj o słynną „chemię”, która jest podłożem wielu relacji seksualnych. Jednak część z nas myli te stany, co generuje problemy.

Zwykle atrakcyjność kojarzymy ze wspomnianym już kanonem urody i dużo – zbyt dużo! – starań wkładamy w podtrzymanie, ale oczywiście najpierw w zdobycie, tej atrakcyjności. Atrakcyjności, która tak naprawdę w potocznym rozumieniu ukierunkowana jest na zaspokojenie podstawowych instynktów, w tym prokreacji, poczucia bezpieczeństwa, władzy.

Tymczasem bycie atrakcyjnym w tym rozumieniu dosyć szybko dezaktualizuje się. Nie zdajemy sobie sprawy, że sednem atrakcyjności jest zdecydowanie coś innego! Jednak każdy z nas posiada w pakiecie „człowiek” także i te instynkty, stąd takie podejście. Życie z czasem je weryfikuje bowiem kanalizowanie siły witalnej w utrzymanie pewnego wizerunku (u mężczyzn jest to zwykle władza, status majątkowy, u kobiet – atrakcyjność fizyczna) na dłuższą metę nie sprawdzi się. Żadnego stanu nie jesteśmy w stanie utrzymać zbyt długo, a co dopiero na stałe. Nie można czegoś mieć ani czymś być „na zawsze”. Po prostu.

Na czym w takim razie polega atrakcyjność obecności? Z czego wynika to, o czym wspominałem wcześniej, że lubimy przebywać w towarzystwie osób obecnych? Przecież ten ktoś nie robi nic wyjątkowego, a mimo to atrakcyjność jest wyraźnie wyczuwalna. Wytłumaczenie jest proste: taka osoba w danym momencie, a właściwie moment za momentem ucieleśnia to co JEST. Dokładnie tak! Jeśli jest radość, ucieleśnia radość, jeśli jest smutek, ucieleśnia smutek. Ona tym jest i jednocześnie jest w tym wszystkim uważna, stabilna, elastyczna, właśnie taka „obecna”, zamieszkuje to „tu i teraz”.

Ten stan obecności, uważności jest bardzo mocno związany z ciałem, o czym pisaliśmy już w poprzednim wpisie. Być może właśnie tutaj tkwi pewna pułapka zauroczeń nauczycielami duchowymi czy osobami które wspólnie z nami praktykują. Mylimy pewne odczucia, wrażenia z ciała, projektujemy na innych pewne swoje potrzeby. To także ważny temat, którego nie można pomijać na ścieżce rozwoju. Warto być świadomym takiego ryzyka.

Wracając do fenomenu atrakcyjności, jak już wspomniałem na początku, atrakcyjna osoba zwraca naszą uwagę. I tutaj zatrzymajmy się chwilę dłużej. Przyjrzyjcie się ciekawemu zestawieniu słów: „zwracać uwagę”. To tak, jakby uważność, która pojawia się w nas w towarzystwie atrakcyjnej, a więc przyciągającej nas osoby, była czymś co tak naprawdę zawsze było przy nas, a nie czymś, co dostaliśmy, zdobyliśmy dzięki kontaktowi z kimś. To coś, co do nas dosłownie wraca, bo zawsze było „nasze”.

To ważne spostrzeżenie szczególnie w kontekście mówienia czy wręcz zachwycania się nauczycielami. Oni tak naprawdę nic nam nie dają, oni po prostu „zwracają nam uwagę”, a to wiele zmienia. Ich obecność jest tak silna, że stają się dla nas atrakcyjni, przyciągający i właśnie poprzez to „zwracają nam uwagę”. Nie ma to nic wspólnego z osądzaniem, moralnością, upominaniem przez nich. Ich obecność, czasami nawet nie słowa czy gesty, powoduje, że wracamy do uważności. Do naszej uważności. Do tego stanu, który zawsze JEST.

Uważność nie jest czymś, co ćwiczymy i możemy w efekcie osiągnąć. Uważność nie jest celem, ale jest wynikiem obecności. Nie możemy być uważni bez bycia obecnym. Nie możemy jednocześnie być obecni bez ucieleśniania tego, co JEST, czyli bez bycia jednym z tym co jest. I o tym sporo pisaliśmy w ostatnim wpisie.

Tutaj jeszcze raz chciałbym podkreślić, że zazen jest ćwiczeniem bardzo cielesnym. To ucieleśnianie momentu, tego co tu i teraz, wszystkiego co jest, bez wybierania czy odrzucania z niego czegokolwiek. Fenomen ucieleśnienia jest w naszej kulturze niestety zaniedbany, traktowany jako coś gorszego od tak zwanej duchowości, wokół której narasta wiele mitów i jeszcze więcej naszych oczekiwań i życzeń.

Mówiąc „ucieleśniam świadomość” wolimy zanurzyć się w rozważaniach czym jest, albo czym nie jest świadomość, zamiast zatrzymać się przy słowie „ucieleśniać” i dosłownie poczuć, doświadczyć cieleśnie, że to już JEST. Przed tym mamy opór i być może tutaj tkwi trudność praktyki, bowiem zazen nie jest, jakby chcieli co niektórzy, wehikułem do oświecenia, większej obecności. Zazen już jest obecnością, w najczystszej postaci! To jak siedzisz na poduszce, to jaka jest Twoja postawa na macie, jest już wyrazem urzeczywistniającej się, ucieleśniającej Rzeczywistości. Krótko mówiąc, wystarczy być i to JEST.

W kontekście rozwoju osobistego, gdzie wiele mówi się o świadomości, poziomach świadomości i podnoszeniu świadomości, warto uświadomić sobie co stoi dla nas za słowem „świadomość”. Jeśli mówiąc „jestem świadomy” mam na myśli fakt, że wiem doskonale co się dzieje, że nic nie umyka mojej uwadze, że wiem co z czego wynika i jak działa, że wiem co radzić innym, jak inni powinni żyć i w ogóle rozumiem jak działa świat, to być może jestem w błędzie. Tak rozumiane bycie świadomym to nic innego jak forma kontroli rzeczywistości. Mówiąc o świadomości w kontekście zazen mam na myśli stan, kiedy wygasa narracja umysłu, komentowanie jej poprzez myśli, poprzez tworzenie koncepcji, opisów i zasad. Nie jest to bowiem niczym innym, jak oddzielaniem się od niej. Bycie świadomym, to powiedzenie „tak” stanowi JEST. To ryzyko zostawienia wszystkiego takim, jakie jest. Tylko tyle, albo aż tyle.

Tajemnica – a nawet cud! – zazen polega na tym, żebyśmy byli w stanie usiąść na poduszce i siedzieć w taki sposób, aby każdy moment był wibrującą obecnością, aby każdy oddech, całe ciało wibrowało tym, co JEST. I tutaj nie ma ani przyjemności, ani bólu. Nie ma tutaj ani ekstazy, ani strachu przed śmiercią. Jest tylko TO. Co ciekawe, to i tak się dzieje, bez naszej zgody, ale podczas zazen możemy uświadomić to sobie, możemy być tym, co i tak cały czas się dzieje. Wtedy, kiedy przestaniemy chcieć czegoś innego niż to, co jest, wtedy właśnie doświadczymy, ucieleśnimy TO. Jeżeli ten moment nie jest warty dla nas przeżycia w pełni, bo myślimy o czymś innym, to zakończyliśmy swoją praktykę.

A może nawet jej nie zaczęliśmy?

 

__________________

Wszystkich zainteresowanych praktyką zen zapraszamy na Kurs WPROWADZENIE DO ZEN –szczegóły TUTAJ

8 komentarzy dla Na czym polega atrakcyjność Obecności?

  1. Leszek Robert pisze:

    Super tekst. Dziękuję ! Ty Aleksandrze piszesz w Jeden punkt. 🙂

  2. Leszek Robert pisze:

    Odszczepianie, oddzielanie się, w rzeczywistości nie zachodzi. Nawet intelekt, kiedy przejmuje kontrolę stwarzając narrację, albo instynkty, pragnienia, nie stwarzają niczego, co jest oddzielone – choć ulegamy takiej iluzji.

  3. Leszek Robert pisze:

    A kiedy zasypiamy, we śnie widzimy rozstanie.
    Ale to dobry sen, ale to dobry sen,
    bo się budzimy z niego.
    /Wisława Szymborska, Zakochani/

  4. Leszek Robert pisze:

    Dzień dobry ! Aleksandrze widzę wyraźnie, że poruszasz się bardzo delikatnie, ale jednak to co proponujesz – jest dyscypliną. Precyzyjnie pisząc – chodzi o samodyscyplinę. Ludzie umawiają się w różnych kwestiach. Są otwarci na zmiany, nowe doświadczenia, albo i nie. Trzymają się ustaleń, nie widząc świata, poza tym co sobie ustalili. Albo poznają coś nowego. Napisałeś wcześniej, w komentarzach do wpisu: Lęk – konflikt -związki, że ZEN nie trzyma się żadnych zasad dla wszystkich. Zdaje się, że istnieje jednak zasada – czyli samodyscyplina. Nie kojarzy się to dobrze. Po co miałbym się ograniczać? Zdaje się, że w wyniku ograniczania się, w świadomy sposób, można budować swój charakter – wewnętrzną moc. A po przeciwległej stronie mamy pragnienie aby dostać moc – dobre samopoczucie – od kogoś innego . Czyli podstawą treningu zen jest jakby nie patrzeć indywidualizm, tylko wykorzystany w tym właśnie celu, utrzymywania postawy – być. Być i JEST są zdaje się nierozłączne. Dopiero w kontekście Być – pojawia się Jest. Skrajnie subiektywna postawa Być włącza Jest. Czy zechciałbyś Aleksandrze skomentować mój wpis? Niekoniecznie w komentarzach bezpośrednio, ale na przykład w osobnym wpisie – z naciskiem na to, że każdy jednak z osobna sam decyduje – czy i w jakim zakresie stosować samodyscyplinę. Leszek

  5. Leszek Robert pisze:

    Jeszcze jedna refleksja. Gdy poruszamy się w obszarze oczywistości – jest coś oczywiste z poziomu intelektu….Szkoda gadać. To może oznaczać tylko pewne uzgodnienia. Wertujemy treść, w sposób naiwny myśląc, że na tym koniec. Wiem – tak – czuję to ….. w trakcie czytania. Natomiast czymś innym jest zastosowanie – robienie dyscypliny – z pełną świadomością BYĆ – przez cały czas.

  6. Leszek Robert pisze:

    Żeby się naprawdę przebudzić i być przebudzonym – jest potrzebna dyscyplina. W innym przypadku przebudzenie trwa 30 sekund, a potem włącza się stary program rozproszenia, który działa jako nawyk.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *