Można powiedzieć, że martwienie się to aktywność bardzo demokratyczna: każdy ma do niej dostęp, a możliwości jej “praktykowania” są właściwie nieograniczone. Nawet, jeśli życie akurat nie daje nam żadnych powodów do niepokoju, to nasz umysł i tak chętnie wchodzi w ten obszar. Obszar taki znajomy i taki angażujący.

 

Jeśli się smucisz, to żyjesz przeszłością.

Jeśli się boisz, to żyjesz przyszłością.

Jeśli jesteś spokojny, to żyjesz teraźniejszością.

/Lao Tzu/

 

Obecnie, kiedy nadal jesteśmy w stanie pandemii, kiedy, mimo, że powoli oswajamy się ze zmianą stylu życia – i tego osobistego, i na poziomie globalnym – to nadal niepokoi nas myśl “co dalej?”. Czujemy lęk, kiedy myślimy o powrocie dzieci do szkoły, kiedy chcemy oszacować ryzyko powrotu do edukacji zdalnej i jej wpływu na życie rodzinne i zawodowe. Kiedy myślimy o pracy online, nachodzi nas frustracja i niepokój “ile jeszcze dam radę?”. Trudno nie dostrzec, że zamartwianie staje się nieodłącznym towarzyszem większości z nas. 

Zwróćmy jednak także uwagę, że nawet, jeśli troski nie dotyczą nas osobiście, naszego zdrowia, aktualnych wyników badań, zaplanowanych zabiegów, chorób dzieci i rodziców czy problemów naszych nastoletnich dzieci, to umysł zawsze znajdzie w rzeczywistości coś, co go na tyle zaniepokoi, pozbawi poczucia bezpieczeństwa, że wpadamy na szeroką autostradę wprost do martwienia się. 

Zamartwianie się to specyficzny stan.

Nawet bardzo. Odcinamy się wówczas od kontaktu z rzeczywistością, mimo że wydaje nam się, że intensywnie nad nią myślimy. I owszem “nad nią”, ale nie jesteśmy “w niej”, a to zasadnicza różnica. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że stan “martwienia się” i “bycie martwym” są sobie bliskie. To znaczy, że kiedy zamartwiam się, to w pewnym sensie umieram, nie żyję, nie doświadczam tego, co jest. Żyję wówczas “w głowie”, poprzez myśli, wspomnienia, poprzez przesłonę traum i życiowych doświadczeń. To tak, jakbym nie smakował dania, jakim jest życie, dania zawsze serwowanego na świeżo, ale je wciąż i wciąż odgrzewał. 

Krótko mówiąc: kiedy wpadamy w spiralę martwienia się, tracimy kontakt z rzeczywistością. Kiedy martwię się czy wręcz umartwiam, to wyobrażam sobie coś, co jest sprzeczne z życiem, widzę coś, czego nie ma tak naprawdę, czego życie  nie materializuje, a co dzieje się tylko w mojej głowie. Co więcej, ten mentalny stan wpływa na nasz organizm niemal tak samo, jak realne wydarzenia. Kaskada hormonów stresu, neuroprzekaźników, które zalewają nasz mózg odbija się na naszym stanie fizycznym, jak i psychicznym.

Czego w takim razie boimy się najbardziej?

Zwykle choroby, utraty pracy, bankructwa, czyli de facto – śmierci, zniknięcia, nie bycia. Jednocześnie umyka nam w tym wszystkim fakt, że co jak co, ale życie też jest śmiertelne oraz – jak to mówi pewna anegdota – jest chorobą śmiertelną przenoszoną drogą płciową.

Co w takim razie możemy zrobić, aby wyjść z tego stanu martwienia się, umartwiania? Oczywiście, jest cały szereg technik pracy z takimi stanami. Osobiście proponuję pewien eksperyment: zatrzymajmy się, zastopujmy świadomie martwienie się i zobaczmy, jak daleko odeszliśmy od tego, co dzieje się teraz; zobaczmy co jest teraz, tutaj, obok, w nas, co czujemy, a co płynie przez nas z myślami, wyobrażeniami, wspomnieniami. Gdzie jest życie, a gdzie moje doświadczanie?

Książka dostępna TUTAJ

Jeśli w chwili względnej równowagi, zobaczymy, że ilość naszych osobistych zmartwień w porównaniu do tego, co się dzieje się naprawdę, jest zbyt duża, że często nasze przewidywania, czarne scenariusze realizują się bardzo rzadko, to dotrze do nas jak marne są to statystyki. I to wcale nie dzięki naszemu martwieniu się! Tylko po prostu życie nie poszło w tę stronę, w którą my patrzyliśmy. Rozminęliśmy się, a jakość naszego życia kurczy się w chwilach, kiedy jesteśmy zanurzeni w wymyślaniu dramatycznych scenariuszy i oczekiwaniu na ich realizację.

Czym w takim razie w tym kontekście byłaby higiena myśli?

Na pewno nie oznacza ona, że mamy przestać myśleć, co bywa pomysłem osób medytujących. Chodzi raczej o to, że warto podjąć ryzyko zaprzestania emocjonalnego przywiązywania się do pewnych myśli. Ok, niech one będą, ale nie rozwijajmy ich, nie twórzmy ze słowa zdania, a potem całej serii historii. 

Pamiętajmy także, że powiązanie myśl- emocja działa w obie strony, przez co często trudno zauważyć co jest pierwsze. Czasami myśl, która pochodzi z kory mózgowej wygeneruje emocje i ciało migdałowate zaserwuje nam taką falę lęku, że sam zmiecie z powierzchni, a czasami to właśnie emocja, którą coś nawet na poziomie nieświadomym wzbudzi w ciele migdałowatym, wywoła zamieszanie. 

Potrzeba tutaj dużo uważności.

Zresztą nie tylko, także zdecydowanie świadomej pracy nie wchodzenia w pewne stany, kontynuacji pewnych myśli, zadbania o to, co do nas trafia. Warto też zauważyć, jaka jest funkcja naszych myśli, może chodzi o stworzenie narracji do naszych istniejących już emocji, może to, co dopuszczam do siebie w postaci ludzi, komunikacji, informacji ma utrzymać moje emocje na takim poziomie jakim są i uzasadnić je. Nie jest wcale rzadkością, że stare lęki ubieramy w nowe myśli, dzięki czemu zyskują na aktualności oraz mają nadal racje bytu. 

Owszem, często tłumaczymy się, że poprzez zamartwianie się, chcemy uchronić siebie, najbliższych, firmę przed kłopotami. Nazywamy nawet taki stan planowaniem, wyprzedzaniem zdarzeń, przewidywaniem sytuacji. To paradoks, że chcąc poprzez zmartwienie się zapobiec czemuś, już umieramy, nie bierzemy aktywnego udziału w życiu. Jak wspominałem, stres, lęki, zmartwienia są powiązane ze swoistym koktajlem hormonalno-neuroprzekaźnikowym w ciele, który absolutnie nie poprawia naszego zdrowia, ani nie przedłuża życia. Jaki jest więc sens wpadania w fazę zamartwiania się? 

Po co mi martwienie się?

Jedną z istotniejszych rzeczy w pracy z zamartwianiem się, jest zobaczenie jaka jest tak naprawdę funkcja martwienia się u nas. Co wtedy dzieje się w naszym życiu? Kiedy tych zmartwień jest najwięcej, czyli co destabilizuje nas na tyle, że wpadamy w spiralę obaw? Kolejna rzecz to uświadomienie sobie jak moje stany wpływają na innych, na rodzinę, dzieci, pracowników? czy jestem wtedy uważny na ich potrzeby, czy jestem obecny we wspólnym życiu?

 


Książka dostępna TUTAJ

 

Jak wpleść to w praktykę zazen?

Zwracajmy uwagę na to, aby w siedzeniu nie było w naszej postawie “tępego” niemyślenia, ale, aby gościła jak najczęściej obecność, wyostrzona uwaga, gdyż siła obecności przekłada się wtedy na mniejszą narrację. Wówczas mamy szansę, aby nie wchodzić w automatyczne tworzenie spójnych narracji, możemy poczuć, że pewne myśli, emocje nie są warunkowo – tak jak nam się to wydaje – ale że są odpryskami z przeszłości.

___________

Książki Alexandra Poraj-Żakieja wydane w Polsce dostępne są w fundacyjnej księgarni www.madrosc.pl

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.