Świat XXI wieku nadal przesiąknięty jest obsesją celów. To wciąż dominujący napęd zarówno w świecie ekonomicznym, społecznym, jak i osobistym. Marzenia także potrafią być celami, podobnie jak tzw. osiągnięcia duchowe. Jednak mało kto zadaje sobie pytania: „Do czego i dlaczego ten cel jest potrzebny? Co mi to robi? Jak się z tym mam i jakie to wywołuje stany?”. Cel jest jak zdobywanie górskiego szczytu i większość z nas tak właśnie doświadcza życia, jako wspinaczki na coś, po coś. A co by się stało, gdybyśmy popatrzyli zupełnie w przeciwnym kierunku?


Ponieważ nie ma niczego do osiągnięcia, Bodhisattwa w oparciu o

Doskonałą Mądrość ma serce-umysł wolne od przeszkód.
/Sutra Serca/

 

Na tak zwanej drodze duchowej zdarzają się nam „przeramowania”, które rozumiem jako nagłą zmianę perspektywy, która znacząco wpływa na dalsze postrzeganie rzeczywistości. Oczywiście nie ma katalogu przeramowań, chodź są powtarzalne. Jednym z nich, które osobiście miało na mnie największy wpływ, a o których później przeczytałem, było “Nie ma nic do osiągnięcia”.  

Amerykański nauczyciel Adyashanti podkreśla, że to jedno z ważniejszych przekonań do odpuszczenia na naszej drodze, a odniesienie do niego znajduje się także w Sutrze Serca. Pamiętajmy, że takie przeramowanie to nie jest coś wymyślonego, ale doświadczonego spontanicznego. Oznacza to zmianę w naszej świadomości, a następnie modyfikację w odbiorze rzeczywistości. Czasami wymaga przeorganizowania się na nowo.

Niemniej przeramowania nie znają czasu ani miejsca. Dlatego pojawiają się kolejne, czasem bardziej istotne, czasem mniej. Dziś poruszam jedno z nich, które była dla mnie jeszcze bardziej istotne niż opisane wcześniej. 


Całe życie wydawało mi się, że wchodzę na górę, w pewnym momencie doświadczyłem całym sobą, że to absolutnie zły kierunek i należy iść w zupełnie przeciwną stronę. 

 

Chciałbym wrócić jeszcze na chwile do celów. Mogą one mieć bardzo różne zabarwienie i dotyczyć wielu dziedzin życia, także tzw. duchowego. Cele spełniają dwie zasadnicze funkcje: nadają sens oraz dają zajęcie umysłowi. Przy czym ten sens jest często doraźny i nie polega na głębokim spojrzeniu w głąb siebie. Dlaczego?  Ponieważ wtedy mogłoby się okazać, że cel sam w sobie nie ma sensu. 

Niemniej cel sprawia, że pojawia się emocja, uczucie, które w teraźniejszości nadaje nam smak tego, co może się zadziać w przyszłości. Dokonujemy swojego rodzaju projekcji. Jeśli moim celem jest budowa domu, to ja sobie mogę wyobrazić tę kawę, tę trawę, te poranki.  Pojawia się uczucie i emocje tu i teraz, więc zaczynam działać.

To paliwo jednak za jakiś czas się kończy, zostanie tylko pewien posmak i nadzieja, że tak będę się czuł. Rzeczywistość jednak okazuje się często inna, zaskakująco inna – rośnie libor, kredyt, dojazd do nowego domu trwa zimą zdecydowanie za długo, koszt paliwa wzrasta, muszę dalej wozić dzieci i mam jeszcze mniej czasu dla siebie.  Tego w moim wyobrażeniu nie było.

Co w tym przypadku było głębszym celem? Może chęć większego spokoju? Zmęczenie obecną sytuacją? Swoim życiem? A może po prostu wewnętrzny niepokój, który był interpretowany jako niezbędna potrzeba zmiany, tzw. krzątactwo?

Nasza góra ma różne wymiary. Po wejściu na nią spodziewamy się osiągnięcia stałego pokoju, szczęścia, zadowolenia. Ta potrzeba później w umyśle przybiera różne postaci: wspaniała rodzina, praca, docenienie w pracy i sukcesy, osiągnięcia finansowe, czasem prestiż.

Niemniej mogą to być także cele duchowe i religijne np. oświecenie, zbawienie, nagroda w niebie, siedzenie po prawicy Boga. Problem z górą jest natomiast taki, że ma ona najczęściej jeden szczyt. O ile jest to szczyt indywidualny, to jest to problem osobisty. Gorzej, jeśli jesteśmy przekonani, że to jedyna i prawdziwa góra, a pozostali ludzie także powinni się na nią wspinać, bo tylko wtedy świat będzie lepszy, spokojniejszy, zrównoważony.

Tak to funkcjonowało od tysięcy lat w zakresie naszej prawdy, czy to religijnej, czy jako ideologii politycznej. Ten szczyt bywa jeden. W dramatycznych sytuacjach, takich jak nawet teraz w czasie wojny w Ukrainie, to przekonanie o jedynym rozwiązaniu za wszelka cenę może okazać się niszczące.

Nie łudźmy się jednak, że to może się zmienić; tak było przez wiele lat niemal z każdą religią. Owszem po okresie oświecenia zaczęła się ewolucja, niemniej niemal każda religia wewnętrznie jest przekonana o tym, że istnieje tylko jedna góra, która daje TO. Powstają dzięki temu karkołomne konstrukty, żeby jednak nikogo nie obrazić, ale jednak nakierować na jedynie właściwa drogę. Wprawdzie „oni” wspinają się także do góry, ale jeszcze nie wiedzą, że idą na tę samą górę. Tacy młodsi bracia, a my to troszkę z przodu jesteśmy. Albo, że nawet, jak wejdą na tę górę, to zobaczą, że tam był jednak “Nasz Bóg”. Zobaczą jak bardzo się mylili, ale na razie nie wyprowadzajmy ich z błędu, bo przecież na tę górę jest parę ścieżek. 

 

A co by się stało, gdybyśmy nagle zaprzestali tej obłędnej wspinaczki, obrócili się o 180 stopni i spojrzeli przed siebie? 

Jesteśmy na zboczu ogromnej góry, nie widać jej podstawy. Nie wiemy skąd wyruszyliśmy i dlaczego tak gnamy. Po co i dlaczego. Dla kogo i w jakim celu. Góra jest ogromna, na dole spowita mgłą i chmurami. Nie widać jej podnóża, może nawet go nie ma. Siadamy na najbliższym kamieniu. Łapiemy oddech, głębszy oddech. Czy ja wcześniej czułem, że oddycham? Chyba nie. Byłem ciągle tylko w moim umyśle.

Obracam się jeszcze raz wzrokiem, patrzę na szczyt, który chyba widać, ale czy to na pewno ten szczyt? Może to przedwierzchołek, a za nim jest wiele innych, przecież nie mam dokładnej mapy, a jedynie znam mniej więcej kierunek. Jaką mam gwarancję, że nie będzie za nim następny, następny, następny?

Siedząc tak na kamieniu, może pół godziny, może pół dnia, a może jeszcze dłużej dochodzi do mnie, że jestem bardzo zmęczony i nie mam ochoty już się wspiąć. Przestało mnie to kręcić i napędzać. Postanawiam tu zostać i poczekać na jakiś impuls. Tak po prostu, nie będę nic wymyślał i zobaczę, co się stanie. Zdaję się na coś innego niż tanie podszepty ego, którym zbyt długo ufałem.

Decyduję się radykalnie zmienić kierunek mojej drogi i pójść w dół. Tak po prostu. Bezcelowo. Może z zaciekawienia, może ze zmęczenia, a może z chęci zmiany czegoś, co nie dawało mi niczego oprócz cementowania moich automatyzmów i braku dostępu do tego kim jestem i co potrzebuję. Ruszam w dół, w nieznane, w nieoczekiwane. Czuję strach, ale i ekscytację, ciekawość.

Po kilku godzinach odczuwam, że schodzenie w dół to zupełnie coś innego. Przyzwyczajam się do niepokoju, do tego stanu „nie wiem”. Nie wiem co będzie dalej, co się stanie, co się wyłoni po kolejnym skręcie ścieżki. Czy to moja ścieżka, czy ktoś już szedł tędy przede mną? To nie ma znaczenia. 

Po kilku dniach zaczynam sobie zdawać sprawę, że schodzenie dół, to coś zupełnie innego, też wymaga wprawy. Daje mi więcej przestrzeni i mam poczucie, że coraz częściej mam kontakt ze swoim oddechem. Jest kilka rzeczy które diametralnie się zmieniły.

Mogę odpocząć, kiedy chcę, bo nigdzie się nie spieszę. Jestem zmęczony, jest kamień, to siadam i odpoczywam, doświadczam tego, co wokół mnie. Mam wrażenie , że zacząłem nawet widzieć więcej niż wcześniej, kiedy pot i zmęczenie zalewały mi oczy. Czuję się swobodniej.

Zaczynam odczuwać bezmiar rzeczywistości i złożoności świata. Nie odczuwam jednak tego jako zagrożenia, ale jako zaproszenie do współuczestnictwa w tej niezmierzonej złożoności, gdzie najczęstszą odpowiedzią może być „nie wiem”. To chyba jeden z pierwszych najważniejszych wniosków.

Wcześniej, kiedy się wspinałem, rzeczywistość postrzegałem jako bardziej zogniskowaną i selektywną. Ukierunkowaną na realizację celu. Mój umysł, świadomość, być może podświadomość zbierały te informacje, które były niezbędne do jego realizacji. Teraz jest to niepotrzebne, zrzuciłem ten balast, a świat stał się nieskończonym kolorowym gobelinem, w którym moja perspektywa jest zaledwie jednym małym krzyżykiem.

I w tym momencie pojawia się drugi wniosek obok bezmiaru rzeczywistości, a mianowicie – nieskończona subiektywność indywidualnej świadomości. Jest z jednej strony uwalniające doświadczenie, bo schodząc z góry możesz iść własną ścieżką, czasami skorzystać z czyjejś, czasami natomiast po prostu iść na przełaj, a czasami po prostu odpocząć. W przeciwieństwie do wspinaczki na górę, gdzie zaczynamy mieć potrzebę większego porównywania, gdzie robi się gęsto od wzajemnych ścieżek i dróg prowadzących na Szczyt “Bez znaczenia”.

Decyzja o takiej zmianie nie była MOJA, nie pochodziła z dyskursywnego myślenia. Po prostu się zadziała. Dlaczego? Do końca nie wiemy, ale na pewno odpuszczanie i regularna praktyka medytacji zen, szczególnie ta na kilkudniowych odosobnienia była kluczowa.

Komentarze dla Czy idziesz w swoim życiu do góry czy w dół?

  1. dominik pisze:

    Pozostając w temacie pozwolę sobie podzielić się dwoma cytatami z innych mistrzów duchowych:

    „Po prostu zrezygnuj z pomysłu, że musisz coś zrobić lub dotrzeć gdzieś. To wszystko, co musisz zrobić”.
    Papaji

    „To wiecznie chciwy umysł tworzy ideę postępu i ewolucji ku doskonałości”.
    Śri Nisargadatta Maharaj

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.