Przed nami Święta Wielkanocne i – jak zwykle w tym okresie – chcemy życzyć sobie wesołych świąt, choć w obecnej sytuacji części z nas wydaje się to niemożliwe, a części – wręcz nie na miejscu. Miesiące, w których przyszło nam przeżywać tegoroczne święta, są znowu bardzo trudne – nie tylko ze względu na echa pandemii, ale także z powodu wojny, która dzieje się zdecydowanie  bliżej nas niż do tej pory, a mianowicie granicę dalej.

 

Co więc mogą te święta znaczyć dla nas teraz, a szczególnie – czy mogą być na jakiejkolwiek płaszczyźnie przyjemne? Czy mówienie o nich w kontekście radości, doświadczania pełni ma jakikolwiek sens? Jak możemy się ustawić teraz, jeśli bliska nam jest ścieżka zen?

Z perspektywy zen możemy spojrzeć na Wielkanoc jak na bardzo specyficzne w naszej kulturze święto. Co więcej, poprzedza je Wielki Tydzień, a to czas, w którym tak naprawdę przeżywana jest wojna w bardzo osobistym aspekcie. Wojnę, zdradę, napaść, a w końcu śmierć – to wszystko pojawia się w tygodniu poprzedzającym Wielkanoc, gdyż można spojrzeć na ten czas, jak na atak na bardzo konkretną osobę – Jezusa. Konsekwencją walki, którą przeżywamy tuż przed Wielkanocą, jest śmierć Jezusa. Jednocześnie jest to unicestwienie tego, co niosła ze sobą osoba Jezusa oraz tego, co mogła przynieść ludzkości.

W tym sensie – ataku, prześladowania i śmierci – Wielkanoc jest momentem ważnym i ciekawym. Jest to niejako most do naszego świadomego przeżywania teraźniejszości także dzisiaj, w czasie kiedy Rosja napadła na Ukrainę. 

Zwróćmy uwagę, że wojna jest niczym inny, jak zewnętrznym unicestwieniem tego, z czym nasza osobowość indywidualna i kolektywna nie jest w stanie sobie poradzić. Konflikty – niekoniecznie zbrojne, gdyż te słowa także potrafią bardzo ranić – nie mają, jak pokazuje historia ludzkości, końca. Impuls unicestwienia tego, co nam się nie podoba, jest bardzo silny także w XXI wieku.

Skąd on się bierze?

Nietrudno dostrzec, że cały czas są w nas przeróżne emocje, ba, seria emocji, przeżyć, z którymi nie potrafimy sobie radzić, czyli zachowywać obecność w czasie, kiedy dzieją się tzw. nieprzyjemne rzeczy. Nieprzyjemne, czyli nie-przyjęte i pozostawione w świadomości na czas ich trwania. Mechanizm wypierania ze świadomości fenomenów, które jej nie odpowiadają, są podstawowym mechanizmem samoobrony niestabilnej, zwykle dziecięcej świadomości.

Można to dostrzec w większości narracji wojennych, które są bardzo infantylne, ponieważ są stworzone do utrzymania prostych sposobów stabilizacyjnych. Brakuje nam doświadczenia, najlepiej także cielesnego, że możemy przyjąć to trudne doznanie i w ten sposób utrzymać je w świadomości.

Nie mamy dostępu do praktyk, które wspierałyby nas w tej umiejętności uczuciowego i emocjonalnego udźwignięcia nieprzyjemnych doświadczeń. 

To, co nam się nie podoba, nie przyjmujemy do(świadomości), nie chcemy tego doświadczać i zwykle chcemy, aby zniknęło. Dosłownie zwalczamy to, co jest. Tak naprawdę, to żyjemy non stop – osobiście i kolektywnie – w stanie wojennym, w trybie pilnowania swoich granic. Walczymy przeciwko różnym emocjom, uczuciom, objawom fizycznym, osobom, zdarzeniom, zjawiskom, które nas destabilizują.

Wielki Tydzień i sama Wielkanoc mogłyby być w tym kontekście próbą świętowania tego, że można “żyć inaczej”, że można stanąć po stronie tego, co jest, tego, jakie jest i nie ma konieczności obrony przed tym, czego nie rozumiemy, ani zrewanżowania się w cierpieniu innym. Patrząc z tej perspektywy, w figurze Jezusa możemy dostrzec postawę przeżywania dłużej tego, co jest nieprzyjemne, na co nie ma w nas zgody. Postawę nie uciekania od tego, co jest, próby zamiany na nasze wyobrażenia. Tutaj nawet nie chodzi o powtarzanie sobie i innym, że “jest tak jak być powinno”, ale że po prostu “jest, jak jest”. To wszystko. 

Kwestia przyjmowania i przeżywania stanów czy rzeczy, które są nie do zmiany – to ważne doświadczenie także na ścieżce zen. I nie chodzi tutaj o wytrzymanie, ale właśnie o przeżywanie, o bycie jednym z tym, co jest. Bezsilność, bezradność – tak umniejszane w naszej kulturze i traktowane jako wady, postawy negatywne – naprawdę są bliskie postawie bycia z tym co jest.

To stanięcie z tym, co jest – już jest – bez potrzeby obrony, ani akceptowania czegokolwiek. Doświadczenie bycia „bez siły”, bez pomysłu na zmianę, czyli „bez rady”, bywa bezcenne.

Oczywiście w naszej ludzkiej percepcji przekładanie tego na obraz wojny czy masakry na ludności cywilnej bywa ponad nasze możliwości. Tutaj udźwignięcie tego bólu, czasami wręcz rozpaczy, przekracza nasze zdolności do stabilizowania się. Wtedy, aby przeżyć, czyli zostać dłużej przy tym doświadczeniu, potrzebujemy – tak po ludzku – wejść w dualizm i z poziomu tej narracji, określić “to jest zło”. 

Wielu z nas walczy z tzw. przeciwnościami, mimo że nie ma to sensu, bo i tak nie zwyciężymy. Przy okazji zadajemy ból i sobie, i innym. Jednak walcząc uznajemy, że jesteśmy lepsi i to nas stabilizuje. Zobaczmy jednak za jaką cenę. Być może byłoby lepiej przeżywać to, co nam się nie podoba, takim jakie jest, a nie kreować się na posiadacza prawdy. Na pewno doświadczenie współzależność wszystkiego bywa tutaj pomocne.

Doświadczenie, że życie przejawia się tak-jak-to, tak, a nie inaczej, i to teraz, właśnie teraz!, dlatego gdyż jest życiem ze wszystkimi swoimi przejawami, jest otwierające. To jest poza naszą wolą. Tutaj wcale nie chodzi o to, abyśmy sądzili, że jest tak, jak powinno być, albo że jest źle, a my możemy temu zapobiec. Tego nie wiemy. Możemy natomiast poćwiczyć pozostanie przy tym, co jest. I reagowania na to, odpowiadania na to.

W takim razie życzę nam wszystkim uświadomienia sobie siły życia, które chce się przeżywać, ale nie przeciwko czemuś; życia, które chce żyć samym życiem. Doświadczenia tej tajemnicy.

I w tym sensie życzę wesołych świąt.

 

Najnowsza książka Alexandra Poraj-Żakieja dostępna jest w fundacyjnej księgarni www.madrosc.pl -> TUTAJ


Komentarze dla Wesołych Świąt?

  1. Maciej pisze:

    Panie Alexandrze!Pytanie moje dotyczy tego,co w swojej książce : ,,Ani joga,ani zen.Chrześcijańska medytacja głębi” zawarł szwedzki karmelita,o.Wilfrid Stinissen. Powołał on się tam na zwierzenia holenderskiego trapisty (Thomasa Jurgensa).,,Cudowne jest przeżycie jedności całego stworzenia,zadowalało mnie bycie ponad wszelkimi sprzecznościami.Miałem wrażenie,że wspinam się na coraz wyższe stopnie mistyki:przy każdym kroku światło stawało się coraz silniejsze,a widoki piękniejsze’a równocześnie nie zauważałem,że atmosfera stawała się coraz chłodniejsza. Zaczynałem tracić coś,nie będąc tego świadomym. Nigdy nie przeszło by mi przez myśl,aby tego szukać, gdyby w pewnym momencie to jakoś samo nie przyszło.Co to było?Bóg. Nie Bóg filozofów ,podstawa istnienia: z tą podstawą identyfikowałem się coraz bardziej,ale Bóg Abrahama,Izaaka i Jakuba,Ojciec naszego Pana Jezusa Chrystusa.To ostatnie doświadczenie miało długie i głębokie działanie,i było mi wstyd. Nagle uświadomiłem sobie,jak wielki popełniłem błąd,identyfikując żywego Boga Przymierza z anonimową podstawą,i że medytacji zen nie da się nazwać modlitwą.Modlitwa bowiem jest w istocie osobowym odniesieniem do Boga,naszego Ojca. Zapewne zen prowadzi do przeżyć mistycznych.Wydaje się,że nie ma tu różnicy.A jednak ona jest.Jaka?Taka sama jak między podróżą poślubną a wyjazdem samemu,choć obiera się tę samą trasę.Podróż poślubną spędza się razem z umiłowaną osobą:wszystko stoi pod znakiem miłości.Natomiast samotną podróż podejmuje się na własną rękę-za nią nikomu nie trzeba być wdzięcznym”(Świadectwo opublikowane w 'Monastieke Informatie’,niderlandzkim czasopiśmie dla benedyktynów i trapistów, 1971.).Zwracam się do Pana jako do Mistrza zen, a zarazem teologa,mającego wgląd w oba światy,z prośbą o ustosunkowanie się do powyższego.Pozdrawiam gorąco i przepraszam za kłopot.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.