Sporo pisałam ostatnio o związku pomiędzy emocjami, życiowymi kryzysami, a stanem naszego zdrowia (tutaj). Wskazywałam na powiązanie między powstawaniem stanów zapalnych, które negatywnie wpływają na układ odpornościowy, a w konsekwencji sprzyjają powstawaniu chorób przewlekłych, autoimmunologicznych oraz nowotworów.

 

Nie ma ciało, które nie byłoby umysłem,

i nie ma umysłu, który nie byłby ciałem.

/Gabor Mate/

 

 

Jak w takim razie podejść do leczenia takich chorób?

Żyjemy w XXI wieku i medycyna, mimo, że ma pewne ograniczenia, to jednak oferuje nam sporo możliwości leczenia, nie tylko tradycyjnego, ale także eksperymentalnego.

Osobiście wychodzę z założenia, że w przypadku chorób, które zagrażają nie tylko naszemu życiu, ale także sprawności i ogólnie komfortowi życia, warto szukać wsparcia i możliwości leczenia w tradycyjnej medycynie. Jednocześnie zachęcam (i sama tak robię, ponieważ i mnie nie omijają zawirowania emocjonalno – zdrowotne), aby zająć się swoją sferą psychiki, bowiem złożenie swojego zdrowia, a czasami wręcz życia, tylko w ręce osób trzecich, w tym przypadku lekarzy, to zdecydowanie niewystarczająca strategia.

Co możemy w takim razie zrobić sami w obszarze psyche?

Zainspirowana pracami Gabora Mate, znanego w Polsce z licznych wykładów online, jak i wydanych niedawno książek (zobacz w  księgarni), spróbowałam uporządkować jego wskazówki, które warto wprowadzić w życie, z moimi obserwacjami, doświadczeniami, także jako pacjentki oraz osoby praktykującej zen.

Te wskazówki warto wpleść w codzienność właściwie w każdym przypadku, nie tylko wtedy, kiedy ciało już do nas krzyczy przez choroby i ból. I od razu przyznaję: wiem, sama po sobie, że nie jest to tak proste, jak się czyta czy pisze.

Łatwiej łyknąć tabletkę, dostosować się do zaleceń lekarza, zdecydować na kolejny zabieg – szczególnie, że czasami w tym obszarze dostajemy większe wsparcie od najbliższych – niż zdecydować bardzo świadomie na zmianę stylu życia.

Tak, “zmianę stylu życia”, gdyż wejście z pewnym programem “naprawczym” z poziomu emocji, to nierzadko przewrót w naszym życiu. I życiu ludzi, którzy nam towarzyszą, którzy niekoniecznie muszą być tym zachwyceni.

Pamiętajmy także o szacunku dla ciała, gdyż każda choroba to pewne historia o nas, o naszym życiu, to ucieleśnienie tego jak żyjemy.

W dążeniu do zdrowia nie chodzi de facto o to, aby działać przeciw chorobie – chyba, że jest to stan zagrażający życiu – ale aby zrozumieć co się dzieje i z tą świadomością wejść w leczenie.

Mam tutaj na myśli choroby nowotworowe, przewlekłe i o podłożu zapalnym oraz autoimmunologiczne. Są to choroby w przebiegu których także lekarze obserwują czasami zaskakujące zwroty, np. remisje, jak i nawroty, które trudno połączyć z konwencjonalnym leczenie.

Badania, o których wspomina m.in. Gabor Mate w książce “Kiedy ciało mówi nie”, jak i inni naukowcy (zobacz tutaj), jednoznacznie pokazują, że są to choroby, w których psychika odgrywa ogromną rolę. To schorzenia, gdzie praca z emocjami poprzez samorozwój, rozwój osobisty czy psychoterapię absolutnie nie wyklucza się z tradycyjną farmakoterapią.

 

Jakie więc pojęcia są kluczowe dla tych z nas, którzy chcą zrozumieć co stoi za chorobą i pragną wspomóc farmakoterapię pracą z psychiką?

AKCEPTACJA

Akceptacja, czyli jak pisze Gabor Mate “gotowość do poznawania stanu rzeczy i godzenia się z nimi”. Przy czym “godzenie się” nie ma tutaj nic wspólnego z rezygnacją czy poddaniem się. “Godzenie się” to w tym kontekście stanie się jednym z tym, co jest, ale znowu – nie jest to kapitulacja i poddanie chorobie, zlanie z nią, ale przyjęcie tego, co jest teraz, tego jaką informację niesie ta choroba teraz, w tej chwili.

To także przyjęcie do świadomości, że wpływ na rozwój większości chorób ma nie tylko środowisko, geny, odżywianie się, toksyny czy mikroorganizmy, ale także nasze postawy emocjonalne, schematy myślenia i wybory życiowe.

Wpływają one w bardzo szerokim zakresie, nie tylko poprzez stany zapalne, ale również poprzez zmiany epigenetyczne.

Poznawanie stanu rzeczy – o którym wspomina Mate – to poznawanie siebie, zadawanie pytania “kim jestem, jak się tworzę, jak dochodzi do tego, że jestem taki, a nie inny?” To także konfrontacja z pytaniem “skąd w ogóle mój pomysł, że mogę/powinienem być inny?”.

Owszem, akceptacja wymaga odwagi, czyli puszczenia swoich pomysłów, przekonań na temat tego, jak funkcjonuje rzeczywistości i ja sama. To stanięcie z ciekawością naprzeciw życia i zobaczenia, że jestem wypadkową bardzo złożonych procesów, gdzie nie ma ani początku, ani końca. Ta odwaga to również spojrzenie w twarz samej sobie. I to bywa najtrudniejsze w tym kroku ku zdrowiu. Podobnie zresztą jak wyrozumiałość względem tego jacy jesteśmy.

ŚWIADOMOŚĆ 

Świadomość jest opisywana przez Gabora Mate jako “zdolność postrzegania rzeczywistości emocjonalnej i gotowość do uwolnienia się od paraliżującego przekonania, że nie jesteśmy dostatecznie silni by zmierzyć się z prawdą o naszym życiu”.

Poszłabym krok dalej: według mnie świadomość, w kontekście oswajania choroby i mobilizowania układu odpornościowego do zdrowienia, to także gotowość doświadczenia jak tworzy się rzeczywistość, jak różne – czasami odległe – procesy, zdarzenia wpływają na nas, a właściwie nas tworzą. A także nasze dolegliwości.

Świadomość to powiedzenie “tak” życiu w takiej postaci jakiej jest, to odłożenie choć na chwilę oceniania, porównywania i wartościowania .

To stanięcie w pewnego rodzaju nagości emocjonalnej z pełną świadomością, że może to także nas zranić. I zwykle rani.

W tym konkretnym kontekście świadomości ciała to otwarcie się na sygnały swojego ciała, rozumienie komunikatów, jakie płyną z ciała – także na subtelnym poziomie. A może przede wszystkim.

Z poziomu fizjologicznego ciało może się z nami kontaktować poprzez: szybsze bicie serca, pocenie się, zmęczenie, drżenie, bóle głowy, pleców, biegunka, skurcze jelit, suchość w ustach; z poziomu psychicznego: zmęczenie, bezsenność, czujność, niepokój, utrata radości; z poziomu behawioralnego: impulsywność, wybuchowość, drażliwość. To nie są rzeczy do przezwyciężenia, ale bardzo wiele mówiące komunikaty.

WYRAŻANIE EMOCJI

Na warsztatach, szczególnie “Historia zapisana w ciele” (kolejny termin już w maju! Wrocław) często podkreślam, że każda emocja jest nam potrzebna do doświadczania życia i wyrażanie siebie. Gniew również, ale też strach, radość, pożądanie.

Zablokowanie którejkolwiek z nich, nie tylko przez nas samych, ale także przez rodzinę, społeczeństwo, wpływa toksycznie na nasz organizm. Trudno nawet powiedzieć, że szkodzi psychice czy ciału, gdyż w przypadku większości chorób ten podział jest sztuczny.

Ciało i umysł to jedność, tak więc nieumiejętność, niezdolność do wyrażania i odczuwania emocji szkodzi nam. Po prostu.

Jeśli spojrzymy na emocje z innej niż zwykle strony, czyli nie tylko jak na zdarzenie przypisane z automatu umysłowi, ale skupimy się także na fizjologii, to uświadomimy sobie, że emocje są bardzo cielesnymi zdarzeniami. Ich odczuwaniu towarzysz wyrzut różnego rodzaju neuroprzekaźników, hormonów, a w cały proces zaangażowany jest nie tylko układ nerwowy, ale też hormonalny i immunologiczny.

 Dlatego zablokowanie nie tylko wyrażania, ale też odczuwania i w ogóle dopuszczania do siebie, którejkolwiek z emocji to szkoda dla ciała.

W jednym z filmów Woody Allen powiedział: “ja nie wpadam w gniew, ja hoduję sobie guza”. I nic bardziej bezpośredniego nie można tutaj napisać.

Gniew jest emocją szczególną. Niesie ze sobą dużą energię, napęd do działania, ponieważ emocja ta służy ochronie naszych granic, naszemu przetrwaniu w szerokim znaczeniu. Również badania psychoneuroimmunologów pokazują, że osoby z chorobami nowotworowymi, autoimmunologicznymi to osoby zamknięte nie tylko na wyrażanie gniewu, ale także na jego odczuwanie. I zwykle nie jest to ich decyzja, ale efekt wychowania i życia w danej kulturze.

Czy chodzi więc o to, aby wpadać w furię? Z pewnością nie. Chodzi o bezpieczne, dla siebie i innych, wyrażenie tej emocji. Przede wszystkim warto uzmysłowić sobie, że większość z nas odczuwa lęk przed prawdziwym przeżywaniem gniewu. Stąd albo go blokujemy, albo dążymy do jak szybszego wyrzucenia z siebie.

Dlatego też praca z gniewem, to także praca ze wstydem, poczuciem winy, tym wszystkim za czym chowamy gniew. To praca z tematem tabu jakim jest gniew, co można zaobserwować także w kręgach duchowości.

AUTONOMIA

Autonomia w kontekście choroby to przede wszystkim postawienie sobie pytania “jakie są moje granice, czy mam ich świadomość, czy je czuję, a jeśli tak, to jak?”. Chodzi tutaj o granice nie tylko fizyczne, ale przede wszystkim emocjonalne.

Terapeuci mówią wprost, że granice i autonomia to podstawa zdrowia.

Joann Peterson, terapeutka zajmująca się leczeniem holistycznym, pisze: “Doświadczamy życia za pośrednictwem naszych ciał. Jeśli nie umiemy tych doświadczeń wyartykułować, nasze ciała mówią, czego nie potrafią wyrazić umysły i usta”. Podkreśla także, że “Granice są niewidoczne i stanowią wynik wewnętrznego uświadomienia sobie tego, kim jestem. Proces ten rozpoczyna się od postawienia sobie pytania Czego pragnę w życiu i w związkach, czego chcę bardziej, a czego mniej, a czego nie chcę wcale’ jakie stawiam ograniczenia?”

Wielu z nas zastanawia się jak to połączyć: granice i autonomię, gdyż granice kojarzą się przede wszystkim z wyodrębnianiem się z całości, a przecież często powtarza się, że wszystko jest jednością. Odpowiedź pojawia się z czasem, w miarę pracy w tym obszarze, gdyż pewne doświadczenia pokazują nam, że jest zarówno “to”, jak i “to”, czyli i granice, i nasze współbycie.

Jesteśmy częścią czegoś większego, a także jesteśmy czymś większym.

To trudne do opisania i zawsze z radością witam takie opisy w różnego rodzaju książkach, zwykle spoza tzw. nurtu duchowości. Ostatnio natknęłam się na inspirujące porównanie, które oddaje ducha tego bycia jednością bez utraty autonomii, w najnowszej książce Murakami:  “… każdy z nas jest jedynie kroplą w niezliczonej liczbie kropel deszczu padającego na wielkie połacie ziemi. Każda kropla jest szczególna, ale może być zastąpiona inną. Każda kropla deszczu ma swoje deszczowe myśli, swoją deszczową historię i obowiązek dziedziczenia historii. Nie wolno jej o tym zapominać. Nawet jeśli ta kropla ma gdzieś wsiąknąć, stracić swój zarys i stać się częścią większej zbiorowości, w której zniknie. A może należałoby raczej tak to ująć: nie wolno jej o tym zapominać właśnie dlatego, że musi stać się częścią większej zbiorowości”.

Choroba to w dużej mierze kwestia granic.

Pamiętajmy, że jeśli namierzamy, że u podłoża naszych chorób leży problem w granicami, to nie zawsze chodzi o naruszenie granic; czasami nie zostały one po prostu nigdy wytyczone. Nie mamy wówczas w swoim doświadczeniu, także tym cielesnym, poczucia czym są te granice, jak je wyczuć, jak określać, jak się w nich poruszać. Jednocześnie warto zaznaczyć, że nigdy nie są one czymś sztywnym, to bardzo płynna forma, tworząca się w zależności od.

Można chyba nawet pokusić się o stwierdzenie, że rozwój naszej świadomości idzie w kierunku umiejętności bycia jednym z tym, co jest, a jednocześnie – w zależności od okoliczności – stawiania granice, wyodrębniania się i z tej perspektyw doświadczania rzeczywistości. To zdolność do bycia plastycznym; to pewnego rodzaju antykruchość, o której pisałam przy okazji refleksji nad książką “Antykruchość” N.Taleba (czytaj tutaj).

WIĘŹ

Wbrew pozorom więź doskonale łączy się z poruszoną wcześniej autonomią, nie jest przeciwieństwem, raczej uzupełnia, ją, dopełnia. Więź, jak pisze Mate, to “ogniwo spajające nas ze światem”. To poprzez więzi wczesnodziecięce uczymy się tego, kim jesteśmy, jakie są nasze granice, gdzie jest nasze miejsce w świecie, a często także jaka jest nasza rola w życiu.

Jeśli rozwój naszej autonomii został zakłócony w dzieciństwie, to poprzez więzi w dorosłym życiu możemy naprawić ten kawałek naszej rzeczywistości, także cielesnej. Możemy w ten sposób odbudować, czasami wręcz odzyskać, “ogniwo spajające nas z światem”. Świadomość, o której wspominałam wcześniej, to także umiejętność bycia w elastycznym procesie autonomia-więź.

Więzi są niezwykle istotne na etapie powrotu do zdrowia czy podczas dążenia do remisji choroby.

Dają nam poczucie bezpieczeństwa, pozwalają regulować emocje. Przy czym mam tutaj na myśli zdrowe, a nawet można to określić w ten sposób – bezpieczne, relacje. Bezpieczne, czyli takie w których jesteśmy szanowani, przyjmowani, a nie używanie, gdzie jesteśmy podmiotem, a nie przedmiotem.

Czasami podczas choroby takie wsparcie dają wcale nie więzi rodzinne czy romantyczne, gdzie bywa sporo uwikłania, ale więzi nawiązywane na innym gruncie – przyjaźnie. To tam bywamy przyjmowani z całym “dobrodziejstwem inwentarza”, bez zbędnych oczekiwań, tego co nazywamy podstawą koluzji.

 

Czy to wystarczy, aby wyzdrowieć?

Nie wiem, i pewnie nikt nie udzieli nam zadowalającej odpowiedzi.  Proces powstawania choroby jest bardzo złożony, szczególnie w przypadku takich chorób jak nowotwory schorzenia metaboliczne, układowe czy immunologiczne. Podobnie ze zdrowieniem.

Faktem jest natomiast – co mogę potwierdzić  i jako pacjentka, i jako osoba wspierająca innych w procesie zdrowienia – że ma to sens i przynosi realną zmianę w życiu, nawet jeśli nie jest to całkowita remisja choroby. I oczywiście wraz z tym pojawia się ulga oraz siła do wejścia jeszcze głębiej w proces powrotu do zdrowia.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.