Ciało, Duch, Umysł

Kim jestem?

Kim jestem?” To pytanie, które często pojawia się na ścieżce rozwoju nie tylko osobistego, ale także duchowego. Pytanie, któremu bliżej do badania, wnikliwej analizy, a nie jednorazowego zatrzymania się przy nim. To pytanie, do którego warto podejść inaczej niż do całej gamy pytań, jakie stawialiśmy sobie do tej pory w dorosłym życiu. Jednocześnie to pytanie, które – podobnie jako koany – rozgrzewa naszą wyobraźnię. A może to w ogóle nie jest pytanie?

… jak powstają myśli i jaka jest och natura – to smugi doznań

niesionych przez czas niczym babie lato, poruszane przez wiatr,

pasma drobnych reakcji, które układają się w przypadkowe ciągi

spragnione sensu. Lecz ich natura jest ulotna i niestała, powstają

i znikają, zostawiwszy po sobie wrażenie, że coś się naprawdę

wydarzyło i że braliśmy w tym udział. I że to, w czym tkwimy,

jest stabilne i pewne. Że istnieje.

/Olga Tokarczuk, Empuzjon/

Pracując z pytaniem “kim jestem?” nie raz usłyszymy “porzuć intelektualne podejście!”. Tutaj nie chodzi bowiem o popisywanie się wiedzą, bogactwem skojarzeń czy o kopiowanie filozoficznych rozważań. W tym przypadku bliżej raczej do “poczucia odpowiedzi”, do uświadomienia sobie czy ona jest w ogóle możliwa, co z nami robi. Wymaga to i zaangażowania, i głębokiej praktyki, a jednocześnie jest bardzo intymnym, osobistym procesem.

Bycie z tym pytaniem, a właśnie wejście w proces, podczas którego przenika ono naszą codzienność, przypomina nieco kręcenie się wokół własnej osi tak długo aż uświadomimy sobie, że nie ma tej “naszej” osi. Uświadomienie sobie, jak tworzy się nasza tożsamość, “zobaczenie” że to, jak podchodzimy sami do siebie (i to już brzmi jak szaleństwo!) w istotny sposób determinuje wiele dziedzin tzw. naszego życia może być sporą zmianą życiową.

Co się dzieje, kiedy zaczynamy pracować z tym pytaniem? Początkowo odpowiedzi wysypują się z nas: jestem kobietą, matką, przyjaciółką, córką, siostrą, trenerką, jestem człowiekiem. W pewnym momencie pojawia się poczucie irytacji, zagubienia, poczucia, że zbliżam się do czegoś, co niekoniecznie będzie zadowalające dla mnie, bo cóż, mnie tak naprawdę być może “nie ma”.

Często z pytaniem “kim jestem?” dobrze pobyć sobie w sytuacji kryzysowej, kiedy życie traci dotychczasowy sens, kiedy przechodzimy to, co psychologia elegancko określa kryzysem tożsamości, a np. Tauler opisał jako “runięcie wieży”: Niech runie na ciebie wieża z wszystkimi dzwonami, niech się zwalą na ciebie wszyscy diabli z całego piekła, niebo i ziemia ze wszystkimi stworzeniami! Tauler dodał: “Wszystko to wspaniale Ci wyjdzie na pożytek. Zanurz się tylko, a wszystko pójdzie jak najlepiej dla ciebie.

A tak „po ludzku”, to stan, kiedy kończy się jedna tożsamości i jesteśmy w momencie gorączkowego budowania innej. To wielka szansa, aby ta inna, nowa tożsamość nie była tak sztywna i dogmatyczna jak poprzednia. Tylko jak to zrobić, kiedy cierpimy? W kryzysie standardowe etykiety przestają nam wystarczać, widzimy, że określenie siebie poprzez tradycyjne funkcje czy role, które świat nam przepisał, to tylko złudzenie, to jak część dekoracji. Przeczuwamy, że to ułuda.  Jednocześnie dotykamy tego, że właśnie te etykiety, które kiedyś dawały poczucie bezpieczeństwa, zaczynają uwierać, są źródłem bólu emocjonalnego.

Zgłębiamy wtedy temat wokół pytania “kim jestem?” i nagle wpadamy na genialne – jak nam się wydaje – określenie: nikt, nic, nicość. I znowu umysł, który ma za zadanie chronić i podtrzymać tę tożsamość, wraca do punktu wyjścia. Karmi się poczuciem zadowolenia, jakie wielu z nas daje utożsamienie się (czyli znowu to samo!) z tym, co nazywamy nicością. “Jestem nikim” – to brzmi dobrze, a może trafniej byłoby napisać: to brzmi nam (!) dobrze, mądrze i tak tajemniczo. Mimo to nadal mamy poczucie pustki i pęd do określenia tego “nikt”, zapełnienia go narracją.

Czasami wpadamy na podpowiedź, aby “zostawić głowę w spokoju” i wejść w czucie, bo przecież “ciało nie kłamie, ciało wie” itd. I tutaj znowu zabawa zaczyna się od początku, ponieważ owszem czujemy z czasem coraz więcej radości, wstydu, pożądania, wstrętu, złości. I wtedy pytanie “kim więc jestem?” rozszerza się o kolejne “czy tym, kto czuje tę emocje czy tym czuciem, tą emocją?”. Pojawia nieco inna wersja pytania, czyli “kto to czuje?”.

To już krok do przodu i nieco szersza perspektywa, gdyż uświadamiamy sobie, że wszystko nas tworzy, zarówno nasze myśli, emocje, uczucia, doznania, doświadczenia, wspomnienia. Jesteśmy w stanie przyjąć, że tego konkretnego “ja” nie ma, że ten “nikt” to nie pustka w europejskim zachodnim rozumieniu, ale wielki kocioł pełen transformujących się emocji, form, przenikających tożsamości, społecznych funkcji, że tutaj bezustannie coś się wyłania i znika, ale nagle przychodzi chwila zatrzymania: “kto to postrzega?, jeśli ten, kto się wciąż tworzy, to kto?”.

Część z nas zatrzyma się w tym momencie i poczuje, że nie o tego “kogoś”, nie o “tego nikt” tutaj chodzi, a pytanie, które do tej pory tak nas ekscytowało pora zamienić na “jak dochodzi do tego, że czuję daną emocję, jak dochodzi do tego, że zadaję to pytanie, że pojawia się to “ja”?”, jak dochodzi do tej emocji, tego czucia.

I przychodzi ulga, bo do bycia z tym pytaniem nie muszę robić nic, wystarczy być i postrzegać to tworzenie się, bycie tworzeniem, bycie tworzonym, czyli w końcu dotykamy sedna medytacji.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.