Początek wstępniaka Moniki Tutak-Goll w najnowszym numerze Wysokie Obcasy Extra (nr 7) bardzo mnie poruszył. Odnalazłam w nim swoje “supermoce”, z których – delikatnie mówiąc-  nie jestem zbyt dumna. I tak, jak pewnie spora część z was, mam ich czasami dość. Ostatnio nawet często. Przeczytajcie zresztą sami – oto zdjęcie fragmentu wstępniaka pani Moniki:

 

Jak to jest nie nacierać, jak żołnierz na polu bitwy, ani się nie cofać?

Jak by to było – czuć, że ma się prawo być tu, gdzie się jest …

/Rebecca Solnik, Wspomnienia z nieistnienia/

 

 

Owszem, jest to spojrzenie z perspektywy kobiety, ale panowie pewnie mogliby także dopisać tutaj swoją wersję.

Zastanawiając się nad tym, czym jest dla mnie odpoczynek, nasunęło mi się.  określenie “wytchnienie”. I całą sobą poczułam jaka to różnica! Odpoczywać, a łapać wytchnienie, wrócić wypoczętą, a wrócić z doświadczeniem wytchnienia – czujecie tę różnicę?

Poczułam to całą sobą!

Czułam, jak ciało reaguje na myśl o odpoczynku, z którym całkiem nieźle sobie radzę, a jak na myśl o wytchnieniu, którego od dawna, dawna nie doświadczam – i to mimo całkiem sporej świadomości ciała, mimo kilkukrotnych odosobnień w roku, mimo unikania tłumu i zgiełku miast. Mimo ciszy w aucie, mimo długich spacerów po polach z psem.

Uświadomiłam sobie, że do wytchnienia potrzebuję przestrzeni, zarówno w sensie fizycznym, jak i czasowym. Potrzebuję niemal bezmiaru czasu i miejsca, ale ten bezmiar wymyka się znanym nam miarom i wcale nie da się go zamknąć w metrach kwadratowych czy w godzinach. Ten bezmiar wymaga raczej tego, aby moje (a może także Wasze?) ciało i umysł były w stanie/ mogły/ chciały/ miały przyzwolenie na pomieszczenie i czasu, i tej przestrzeni, która jest wokół nas, aby nie zamknęły się, nie skurczyły pod wpływem tego, co najpierw jest odpoczynkiem, a potem staje się źródłem wytchnienia.

Jak to możliwe?

Mam na myśli różnego rodzaju przekonania na temat odpoczynku, kody kulturowe czy rodzinne, które nas mocno ograniczają, “siedzą” w nas, a które bierzemy za własne i zbyt rzadko poddajemy w wątpliwość. Ale o tym za chwilę.

Nieskromnie przyznam, że sztukę odpoczywania opanowałam całkiem nieźle; potrafię drzemać jadąc pociągiem, potrafię regenerować się na szybko w pół godziny – wystarczy poduszka, koc i cisza. Potrafię wrócić ze spaceru z moją spanielką z tzw. wolną głową. Potrafię odpłynąć podczas czytania książki i pozwolić głowie i ciało złapać balans. Wejście na matę i choć pół godziny jogi daje mi napęd do działania.

Jednak to już mi nie wystarcza. 

Owszem wspiera mnie to w pracy, w realizacji różnych pomysłów rodzinnych czy towarzyskich, ale nie daje takiego wewnętrznego poczucia “odzyskania energii”. To trochę tak, jakbym nie miała szansy naładować swoich baterii do końca, tylko ktoś ładowałby mnie po trochę – chwilę w aucie, w pracy, potem podczas mycia zębów. Jednak nigdy na 100%. Znacie ten stan?

Mam nadzieję, że poczuliście tę różnicę między odpoczywaniem, a złapaniem oddechu, tym, co określam jako wytchnieniem. Celowo piszę “poczuliście”, bo tutaj intelekt może nas tylko zwieść. Mam jednak świadomość, że aby dojść do fazy wytchnienia musimy przejść przez etap odpoczynku. I nie zatrzymać się w tym punkcie, nie utknąć mówiąc do siebie “to mi wystarczy, jest ok”. Pozwolić sobie przejść w fazę wytchnienia, to dla mnie zanurzyć się w odpoczynku tak bardzo, że zapominamy, że cokolwiek mamy robić, osiągać – także zapominamy, że “Oto odpoczywam, oto zbieram siły na kolejne miesiące pracy”.

To bywa niełatwe, bowiem wokół odpoczywania narasta sporo mitów, pojawia się sporo obaw, o których wspominałam wyżej. Nasze obawy to na przykład: “czy mam prawo do odpoczynku?”, “po co odpoczywać, skoro kocham swoją pracę?”, “czy praca marzeń może mnie w ogóle męczyć?”, “a co, jeśli odpoczynek to marnowanie czasu?”,” jak mam odpoczywać, skoro nie wiem czego potrzebuję?”, “odpoczywanie mnie tylko męczy, wszystko mnie wtedy boli”, “czy odpoczynek to obowiązek czy przyjemność?”. Dużo tego, aż nadto, przyznacie.

Ostatnio ze świetnego audiobooka Headlee Celeste (Nie rób nic. Jak zerwać z przepracowaniem i zacząć żyć.) dowiedziałam się, że urlopy od pracy są “wynalazkiem” końcówki lat 30 XX wieku. Wcześniej nikomu nie wpadło do głowy potrzebować odpoczynku, ale też nigdy praca nie była tym, czym jest teraz – nie tylko sposobem na zarobienie pieniędzy, a więc sposobem na utrzymanie się, ale także elementem budowania wizerunku, wyznaczaniem poprzez to statusu, ba, zaistnienia w świecie. A może nawet walki w tym świecie o prawo do bycia?

Nigdy też nie byliśmy tak przeciążenie obowiązkami i bodźcami. Owszem, pracowano bardzo ciężko fizycznie, ponad siłę, w nieludzkich warunkach, ale nie było tego czynnika emocjonalnego, który opiera się na pytaniu “kim jestem? kim jestem bez pracy? jak mnie widzą inni?”. Wspomniana książka doskonale opisuje zjawisko przepracowania nie tylko z naszej perspektywy, “naszej” czyli ludzi XXI wieku, ale także poprzez prześledzenie historii.

Od czego w takim razie zacząć odpoczynek?

Zaryzykuję stwierdzenie, że od postawienia sobie pytania “co czuję?”.  I pobycia z nim dzień, dwa, wracania do niego, pozwolenia, aby to ciało udzieliło odpowiedzi, a głowa powoli przeszła w tryb off. Naprawdę potrzeba nam czasu, aby poczuć czy nasza głowa i umysł potrzebują tego samego, np.ciało ruchu, a umysł ciszy, ciało snu, a umysł nowych wrażeń. Potem przyjdzie oczywiście wyzwanie jak to wszystko pogodzić.

Dobrym sposobem jest pozwolenie sobie na doświadczanie różnych form odpoczynku: aktywnego, biernego, w ruchu, wśród ludzi, w samotności, w kompletnym zatrzymaniu. Podoświadczanie czy jeśli zatrzymamy ciało, to umysł też zastopuje, albo czy jeśli myśli w końcu uspokoją się, to ciało odpręży się. To bywa bezcenne. I przede wszystkim, sprawdzajmy co jest “dla nas” właśnie poprzez ciało, poprzez otwieranie się na jego odczucia, a nie poprzez myślenie i analizowanie.

Przed nami doskonały czas na poznanie siebie, swoich potrzeb, także tych związanych z odpoczywaniem. Lato to idealny czas by rozbudzić zmysły, a czasami wręcz by je w końcu odzyskać. Mam tutaj na myśli odczucia, które na co dzień pomijamy, bo jakże często nie zauważamy jak czują się nasze stopy, ramiona, plecy, dłonie. 

Oczywiście chciałabym też zwrócić uwagę, co się może zadziać podczas świadomego odpoczywania, szukania sposobu na regenerowanie się. Szczególnie jeśli do tej pory żyliśmy w trybie odcięcia od ciała, bycia w tzw. klatce umysłu. Cóż, może nas dopaść niepokój, stany lękowe, a także ból ciała, czyli to wszystko, co czasami bywa wymówką od pójścia na urlop. 

Dlaczego tak bywa?

Emocji, wszystkich – i tych, które określamy jako pozytywne oraz tych tzw. negatywnych – doświadczamy poprzez ciało. To tutaj się rodzą, a umysł dopiero potem dodaje do nich narrację i pojawiają się myśli. Emocje są pierwsze. Kiedy więc powoli zyskujemy dostęp do ciała, zaczynamy czuć wiatr na szyi, piasek pod stopami, zaczynamy także odczuwać, albo raczej uprzytamniać sobie, emocje, na które zwykle jesteśmy zamknięci. One i tak “dzieją się” w naszym ciele, wydarzają się bez naszego pozwolenia, gdyż są częścią życia, ale ciało okryte sztywnym pancerzem nie daje nam do nich dostępu. Oczywiście „robi” to po to, by nas chronić, choć to bardzo wyrafinowany i przewrotny mechanizm obronny. 

Jak się domyślacie, ucieczka z granicy odpoczynek – wytchnienie pojawia się zwykle wtedy, kiedy czujemy się zaskoczeni, ba, przytłoczeni, że czujemy “tak dużo, tak silnie”, kiedy nie rozumiemy, co się z nami dzieje. Tymczasem nie dzieje się nic złego, po prostu wracamy do świata żywych, świata, gdzie wszystkie emocje mają prawo bytu, zauważenia i przeżycia. W końcu!

Oczywiście, kiedy te stany są dla nas wyjątkowo nieprzyjemne, kiedy niepokój przechodzi w stany lękowe, kiedy czujemy, że nie mamy wewnętrznej przestrzeni na pomieszczenie tego wszystkiego, warto sięgnąć po pomoc. Porozmawiać z kimś, kto ma doświadczenie w pracy z emocjami. Czasami – jeśli wcześniej mieliśmy zaburzenia emocjonalne lub psychiczne – takie zanurzenie się w odpoczynek, wejście  w fazę wytchnienia może aktywować wcześniejsze dolegliwości. Podobnie jak podczas dłuższych odosobnień, kiedy zatrzymujemy ciało „na poduszce”, a umysł nie potrafi wyhamować.  Przejście granicy odpoczynek – wytchnienie może być łatwiejsze, łagodniejsze przy wsparciu choćby bliskiej osoby.

Podczas lektury “Wspomnień z nieistnienia” Rebecci Solnit natrafiłam na opis stanu, który dla mnie – w tym momencie życia – jest czystym doświadczeniem wytchnienia.

Dzielę się nim z Wami. Niech Wam towarzyszy podczas letniego odkrywania siebie!

Jak to jest czuć się w danym miejscu tak, jakby miało się je bezwarunkowo na własność

i można było bezpiecznie wyrażać w nim najskrytsze odruchy i emocje?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.