Przyglądając się różnego rodzaju medytacjom i próbując porównać je – czy to zen, mindfulness, kontemplacja czy medytacja chrześcijańska – trzeba zacząć od ustalenia już na początku, co tak naprawdę mamy na myśli używając słowa „medytacja”. Jest to szczególnie istotne w przypadku tej praktyki, bowiem rozmawiając o medytacji wpadamy w pewnego rodzaju pułapkę. Przypomina to mówienia o płynie, który może być i czystą wodą, i sokiem, kawą czy herbatą. Samo określenie “płyn” kompletnie nic nam nie mówi. Podobnie określenie “medytacja”.

 

Musicie posiadać zdolność nie-widzenia w samym środku widzenia.

Dlatego właśnie mówi się: “Żyjcie w krainie myślenia,

pozostając nietkniętym przez myślenie”.

/Foyan, mistrz zen/

 

Tak więc, kiedy dwie nieznające się wcześniej osoby dochodzą podczas rozmowy do deklaracji typu “ja medytuję”, to prawie na pewno mają na myśli dwie różne praktyki. Medytacja jest więc słowem kluczem, jak i słowem pułapką. Otwiera wiele drzwi do różnych grup, społeczności, towarzystw, a jednocześnie może wywołać sporo nieporozumień.

Zacznijmy od medytacji chrześcijańskiej, która opiera się na tradycji klasztornej, a mianowicie na pewnej dynamice dnia, którą można ująć krótko meditatio oratio contemplatio. W takim podejściu medytacja była rozumiana jako przebywanie przez dłuższy czas z kimś/czymś, z jakimś ważnym dla nas wizerunkiem świętej osoby, dzięki czemu odległość między nami zmniejsza się, aż dochodzi do zespolenia się, do doświadczenia jedności. Jednocześnie pamiętajmy, że kontemplacja i medytacja w chrześcijaństwie nie były tożsame z praktykami wywodzącymi się ze Wschodu. Aby poddać je analizie, musielibyśmy wejść dość głęboko w szczegóły.

Oczywiście, nawet kiedy używamy określenia “medytacja chrześcijańska”, to znowu możemy wpaść w pułapkę, bowiem nie ma “tej jednej” medytacji chrześcijańskiej. Większość medytacji chrześcijańskich opiera się na założeniu, że istnieje coś, co nazywane bywa “moją jaźnią”, coś, co wymyka się czasowi i przestrzeni i może być określane jako dusza, która oczywiście może zbliżyć się do Boga. Jednak, i to należy bardzo mocno podkreślić, nigdy nie stanie się ona jednym z Bogiem. Nie ma szansy na to, aby dostąpiła jedności.

Nieco zamieszania wprowadzili w takie rozumienie jedności z Bogiem mistycy chrześcijańscy, którzy wychodzili z założenia, że między jaźnią, a boskością jest możliwy kontakt, stopienie się, czyli stania się jednym z Bogiem. To właśnie było źródłem konfliktu między mistykami, a Kościołem, bowiem jeśli mogę stać się jednym z Bogiem, to tak naprawdę nie byłem od niego nigdy oddalony, gdyż przeczyłoby to boskości. Mistycy, tacy jak Jan od Krzyża czy Święta Teresa, proponowali różnego rodzaju praktyki oraz ćwiczenia, które miały doprowadzić do zaniku jaźni, a w efekcie do stanie się jednym z Bogiem.

Wśród mistyków zupełnie innym spojrzeniem na ten aspekt wyróżniał się Mistrz Eckhart (zobacz TUTAJ) i jego uczeń – Jan Tauler. Poglądy tych wyjątkowych w historii chrześcijaństwa postaci, żyjących około 300 lat wcześniej niż wspomniani mistycy hiszpańscy, stanowiły pewnego rodzaju most do Wschodu, a ich perspektywa postrzegania relacji Bóg- człowiek była całkowicie odmienna. Uważali, że między jaźnią a boskością, między człowiekiem, a Bogiem, nie ma absolutnie żadnego oddzielenia. W podejściu Eckharta jaźń człowieka jest tak naprawdę niczym, choć precyzyjniej byłoby napisać “nie-czymś”, gdyż określenie to nie ma nic wspólnego z niebytem, z brakiem. Chodzi tutaj o brak substancjalności, o uchwycenie i oddanie pewnego rodzaju dynamiki, procesu.

Eckhart poszedł krok dalej i zdekonstruował naszą ludzką jaźń, która jest efektem identyfikowania się z tym, o czym myślimy, a więc także z tym, że jesteśmy tacy, jak myślimy. Mówił wprost, że nie ma w relacji człowiek- Bóg żadnej dualności. Tutaj nie ma żadnych stopni, komnat, o których potem po wielu latach wspominała Teresa, nie ma potrzeby dochodzenia do Boga, bowiem to, do czego dążymy już jest. Dosłownie “jest!”, bowiem tutaj nigdy nie było stanu nie-bycia. Mistrz Eckhart zachęcał: uświadom sobie, że nigdy nie było niczego innego niż TO.

Tymczasem wspomniani już mistycy, którzy pojawili się kilkaset lat po nim, proponowali drogę dojścia do Boga, która opierała się na ćwiczeniach, praktykach stania się jednym z Bogiem. Jakże jest to inne od propozycji Mistrza Eckharta, czyli zobacz dokładnie jak jest, kim ty jesteś, a nie zastanawiaj się, co możesz zrobić. Widać tutaj nawiązanie do słów Jezusa z Ewangelii, który mówił: ja i Ojciec jedno jesteśmy oraz Królestwo Boże jest, a nawet do słów, które skierował do oburzonych jego naukami Żydów: czyż nie napisano, że Bogami jesteście? Trudno nie dostrzec, że w teologii Eckharta nie znajdziemy krzyża, śmierci za ludzkie grzechy, a więc poczucia winy, na którym opiera się nauka Kościoła.

Spójrzmy teraz na medytację z perspektywy buddyzmu. I znowu na początku zaznaczę, że nie ma czegoś takiego jak ”ten buddyzm”. Spotkamy tutaj wiele nurtów, niektóre wręcz sprzeczne ze sobą, a czasami wręcz konkurujące i bardziej kojarzące się z folklorem niż naukami Buddy.

Historia samego Buddy jest znana chyba każdemu z nas (zobacz TUTAJ), ale najważniejsze będzie w naszych rozważaniach to, co zaprzątało głowę przyszłego Buddy do tego stopnia, że porzucił dom, rodzinę i stabilizację materialną. A zatem poszukiwał on recepty na uśmierzenie cierpienia, ale nie rozumiane jako ból, który jest nierozerwalnie związany z życiem, ale takiego, który wynika z naszej ludzkiej niezgody na to, co jest. Najważniejsze słowa Buddy to te, które padły po jego przebudzeniu, kiedy po 8 dniach siedzenia i medytacji powiedział, że nie istnieje nic ,co byłoby trwałe samo w sobie, że wszystko jest tylko dynamiką, procesem, przejawem interakcji wszystkiego z wszystkim przez cały czas.

Nauka Buddy podważyła hinduski sposób myślenia oraz organizowania się ówczesnego społeczeństwa. Zakwestionowała bowiem hinduską wiarę w atmana, a więc jednocześnie podważyła karmę. Oczywiście nie zostało to dobrze odebrane w Indiach. Buddyjskie założenie, że nie ma żadnego stałego “ja”, które można by znaleźć, czyli brak ego, był rewolucją w hinduskim sposobie organizowania się.

To, jak bardzo wgląd Buddy był nie na rękę Hindusom, szczególnie tym dzierżącym władzę, tłumaczy powstawanie różnego rodzaju odłamów buddyzmu, które wciąż ugruntowywały swoją pozycję poprzez prawo karmy. Opierając się bowiem na czystym przekazie Buddy widzimy, że tak naprawdę chodzi o życie samą teraźniejszością, gdyż wiemy, że – bo tego właśnie doświadczamy – że wszystko jest konsekwencją współzależności i jakikolwiek plan jest tutaj bezsensowny. Na podejściu opierającym się na naukach Buddy nie ma możliwości zbudowania instytucji religijnej.

Takie postrzeganie życia wydaje się proste, ale dla naszego ludzkiego sposobu postrzegania rzeczywistości jest w istocie trudne, uderza bowiem w naszą tożsamość, czyli w podstawę naszego istnienia, a raczej złudzenia istnienia. Przeżywanie rzeczywistości jako cudu, ale nie z perspektyw stałej jaźni, tylko słów Buddy, jest prawdziwym wyzwaniem. Także po wielu latach praktyki.

Teraz pora, abyśmy przyjrzeli się temu, co nazywamy medytacją zen (zazen). Zanim pojawił się zen, w Chinach narodził się chan, który obrał sobie za cel doświadczenie rzeczywistości w oparciu o dwa “prawa Buddy”, a mianowicie, że nie ma nic, co byłoby substancjalne samo z siebie oraz braku “ja”. Chan nie tworzył zasad, reguł, dogmatów, nie opierał się – jak religia – na wierze, ale zachęcał do zobaczenia jak jest w rzeczywistości, do doświadczenia tego, ale nie do rozmyślania o tym. Więcej informacji na temat narodzin zen, a wcześniej chan, znajdziecie w książce mojego autorstwa „Wprowadzenie do zen”. (zobacz TUTAJ)

Czy czujecie już pewnego rodzaju absurd, że praktyka, która ma wesprzeć w doświadczeniu tego, co proponuje zen, także jest określana jako medytacja? Jak widać ścieżka medytacji chrześcijańskiej, nawet tej proponowanej przez mistyków, jest kompletnie różna od tego, co proponuje zen. Tutaj bowiem nie ma dochodzenia do czegoś, nie ma kroków, stopni, komnatach. Tutaj wszystko już jest. Zen zachęca do doświadczenia, które polega na uświadomieniu sobie “jak jest”.

Pewne techniki, jak zazen (medytacja na poduszce), ułatwiają to, bowiem nasz umysł funkcjonuje tak szybko, że na co dzień w normalnej aktywności nasza tożsamość wydaje się płynna, nie zauważamy procesu jej tworzenia się. I tak powinno być, taka jest jej funkcja. Podczas zazen możemy jednak zadbać o takie warunki, aby proces tworzenia się poczucia “ja jestem” mógł zostać doświadczony spoza jakiejkolwiek perspektywy. Doświadczenie wglądu w zen daje nam szansę na przeżycie życia nie poprzez myśli i koncepcje, ale jako cudu bycia częścią, wynikiem, procesem współtworzenia się, nieskończenie wielu interakcji.

Przede wszystkim, to należy mocno podkreślić, w zen nie chodzi o to, aby wgląd doprowadził do jakiegoś lepszego życia, do większego szczęścia. Tutaj chodzi o doświadczanie wszystkiego nadal “po ludzku”, czyli będzie nadal i miło, i niemiło, ale teraz przeżywamy to wszystko już ze świadomością niestałości tożsamości. Zen jest więc postawą, sposobem przeżywania rzeczywistości, a nie planem na życie czy oczekiwaniem jakichkolwiek korzyści.

Teraz pora na kolejny, ostatni już krok, czyli przyjrzymy się nurtowi medytacji, znanemu jako mindfulness. Jest on współcześnie bardzo popularny, a wokół niego narosło sporo nieporozumień. Przede wszystkim jest on kojarzony z Johnem Kabat-Zinnem (zobacz TUTAJ), który doświadczenia ze swojej praktyki zen, jak i zawodowe refleksje, przełożył na stworzenie programu terapeutycznego znanego jako MBSR. Zależało mu, aby stworzyć bezpieczną praktykę dla pacjentów z różnego rodzaju dolegliwościami psychosomatycznymi, których łączył fakt, że w danym momencie życia byli niestabilni emocjonalnie, poddani dużemu działaniu stresu. Potrzebowali więc techniki, która obniżyłaby ich poziom stresu, uspokoiła system nerwowy i pozwoliła wrócić do równowagi. Jednocześnie musiała to być metoda łatwa do sformalizowania, a przede wszystkim do badania pod kątem bezpieczeństwa dla pacjentów.

Narodziny nurtu mindfulness to de facto metodologia stworzona dla pacjentów klinicznych. Opiera się na byciu z pełną świadomością przy tym, czego doświadczamy jako możliwości obniżenia poziomu stres, bowiem przy większej obecności, czyli wspomnianej świadomości, możemy zaprzestać identyfikowania się z tym, co pojawia się i dzięki temu – mimo że rzeczywistość nadal nie jest dla nas zadowalająca – nie cierpimy, a w efekcie jesteśmy spokojniejsi. Program przygotowany przez Kabat-Zinna składa się z 8 części, trwa 8 tygodni i jest ułożony w bardzo przemyślany sposób. Jego twórca postawił tutaj na świadomość, a na bok odłożył inspiracje zen oraz zadbał o neutralność religijną, tak aby metoda była postrzegana jako kompletnie świecka. Było to niezmiernie ważne biorąc pod uwagę realia akademickie, w których pracował Kabat – Zinn.

Może pojawić się pytanie dlaczego sama praktyk zen nie mogłaby zostać przeniesiona na grunt kliniczny. Odpowiedź jest jasna: w zen wchodzimy w praktykę z pytaniem “kim jestem?”, pytaniem, które mocno dekonstruuje naszą tożsamość, a w przypadku pacjentów z zdestabilizowaną tożsamością takie podejście nie sprawdza się, a nawet może być ryzykowne. Program MBSR pozwala w takich sytuacjach ustabilizować tożsamość i wtedy można wejść w bardziej wymagającą praktykę zen. W MBSR mamy mniej “siedzenia” na poduszce, ale przede wszystkim nie wchodzimy w medytację z gotowością – jak to ma miejsce w zen – zaryzykowania doświadczenia kruchości naszego poczucia “ja jestem”. Tutaj obserwujemy to, co się dzieje z pozycji własnej jaźni. To ogromna różnica.

Po tym oczywiście pobieżnym przeglądzie różnego rodzaju ścieżek czy nurtów, gdzie zakrada się słowo “medytacja”, mam nadzieję, że podczas kolejnego spotkania z kimś, kto zachwyci Was, że także medytuje, zadacie bardzo racjonalne pytanie “a co przez to rozumiesz?” 🙂 Dzięki temu zyskacie przestrzeń do rozmowy, dyskusji, wymiany doświadczeń, a także trzeźwej oceny sytuacji. 

 

2 komentarzy dla Medytuję, czyli co JA (?) tak naprawdę robię

  1. TE1 pisze:

    Zazen jest zbędne bo nie ma nikogo komu mogłoby coś ułatwić.
    Chcesz doświadczyć wglądu?
    Otwórz oczy.
    „Po co medytować, skoro i tak nie można nic zrobić,
    aby nie słyszeć szumu wody siedząc nad strumieniem”

  2. TE1 pisze:

    Mistrzu co robisz?
    – Nic.
    Czy to znaczy, że medytujesz?
    – Nie, bo gdybym medytował to bym coś robił.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.