Żyjemy w złudzeniu “posiadania” tożsamości, jak gdyby była to konkretna, sztywna struktura. Co więcej, przekonujemy sami siebie, że “mamy” ją na zawsze, a odpowiedź na pytanie “kim jestem?” wydaje nam się tak błaha, że szkoda czasu na zastanawianie się, bo wiadomo – jestem kobietą, jestem managerem, jestem matką, jestem mężem, ba, człowiekiem …

Zdolność do odczuwania bólu jest zarazem zdolnością
do doznawania przyjemności. Poddać się zmęczeniu to tyle, co
zyskać wytchnienie. Każde cielesne uczucie implikuje swoje
przeciwieństwo. Pozbawieni uczuć, egzystujemy
w próżni, w zimnej i bez życia.
/Alexander Lowen/

Tymczasem na głębokim poziomie towarzyszą nam stale wątpliwości, brak satysfakcji z życia, wewnętrzny niepokój podszyty niepewnością co do własnej tożsamości. Niby wiem kim jestem, mimo to wciąż coś mnie uwiera. Zrobimy wiele, aby ominąć niewygodne pytanie o tożsamość.

Do czasu. Do momentu, kiedy nabiera dla nas większej wagi, czyli zwykle wtedy, kiedy z różnych przyczyn ta mozolnie budowana fasada dla świata kruszy się, a my cierpimy tracąc złudzenie bycia “kimś”.

Alexander Lowen w książce “Zdrada ciała” (zobacz tutaj) pisze, że rozpad wizerunku to nic innego jak rozłam między ciałem, a ego, między świadomością ciała, a obrazem siebie. Często towarzyszy kryzysom życiowym, podczas których nasza umiejętność organizowania się – właśnie jako konkretna tożsamość – zostaje wyczerpana. No właśnie, któż z nas nie zna tego uczucia wyczerpania, wrażenia że mimo wkładania wysiłku w bycie aktywnym, jednocześnie czujemy się martwi.

Dociera do nas, że tracimy kontakt z ciałem, że go nie czujemy.

Zdarza się, że w tym dosłownym oderwaniu od odczuć cielesnym, mamy wrażenie nadludzkiej siły, poczucie, że “możemy więcej”. Przez jakiś czas, tylko przez jakiś czas, bowiem już za chwilę następuje to, co określa się załamaniem. Często nie tylko fizycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym.

Życie przez dłuższy okres czasu w stanie nie-czucia może prowadzić do odrealnienia, do wrażenia, że świat jest jakby poza nami, gdzieś – tam, a my jesteśmy obok, ale nie uczestniczymy w tym życiu. Zdarza się, że to odrealnienie doprowadza do poważnego kryzysu tożsamości, co może skończyć się nawet stanem psychotycznym.

Jaki jest w takim razie związek pomiędzy ciałem, a dokładniej świadomością ciała, a ego i stworzoną/tworząca się tożsamością?

Według Lowena, aby nasze poczucie tożsamości było stabilne i miało zdrowy fundamenty, niezbędne jest poczucie kontaktu z ciałem.

Aby wiedzieć kim jestem, muszę przede wszystkim czuć ciało, albowiem jest ono przecież w ciągłej interakcji ze światem.

Nieprzypadkowo w schizofrenii chory traci kontakt z rzeczywistością i dochodzi do całkowitego zerwania połączenia z ciałem. Niestety, współcześnie spora część społeczeństwa dotknięta jest pewnego rodzaju zaburzeniami tożsamości, które nie są klasyfikowane jako choroba i nie wyłączają z życia w społeczeństwie, ale zdecydowanie obniżają jakość tego życia. Zjawisko to wynika także z odcięcia się – oczywiście w mniejszym stopniu niż podczas choroby – od ciała, co jest wspierane lub nawet wywoływane przez naszą kulturę oraz system wychowania, w tym też religijnego, jakiemu byliśmy poddawani.

Nie jest trudno dostrzec, że idziemy przez życie z pewnym obrazem świata, ale też siebie, niekoniecznie będącym odzwierciedleniem rzeczywistości, gdyż nie mamy dostępu do cielesnych doświadczeń wynikających z interakcji z tym światem. Powodów jest kilka: utrata zaufania do ciała jako efekt traumy, wychowanie w braku poszanowania dla cielesności, nadmierny nacisk na rozwój intelektu, brak kompetencji emocjonalnych, które łączą się z brakiem świadomości ciała.

Również Erich Fromm pisał, że jednostka wyalienowana, czyli żyjąca nie w oparciu o kontakt z rzeczywistością, ale w tzw. klatce umysłu, funkcjonuje tak naprawdę bez kontakt z innymi ludźmi.

Także bez kontaktu z samym sobą, bez tej zmysłowości, którą daje ciało.

Tacy ludzie zwykle idealizują miłość, przyjaźń, a ich seks bywa kompulsywny, praca mechaniczna, a wszelkie aktywności nastawione są na wspieranie ego. Brak im umiejętności budowania więzi z ludźmi oraz doświadczania życia, siebie, relacji poprzez odczucia cielesne. Wszystko opiera się tutaj o produkt intelektu, czyli ego.

Znaczenie ciała, jako fundamentu naszej tożsamości, nieprzypadkowo znajduje odzwierciedlenie także w potocznym języku, chociażby poprzez określenia takie jak: roztopić się z miłości, skamienieć z przerażenia czy trząść się ze złości. To kwintesencja tego, że życia doświadczamy przez kontakt z ciałem, gdyż to właśnie tutaj rodzą się nasze emocje.

To ciało daje podstawy do tworzenia się tożsamości.

I to od najmłodszych lat, bowiem rodzimy się jako bezbronna istota, która czuje głód, pragnienie, ból, zimno, a wszystkie te potrzeby są bardzo cielesne. To nie są potrzeby “z głowy”, wymyślone, ale potrzeby odczute, wyrastające z poczucia cielesności. W odpowiedzi na te pragnienia, wchodzimy już jako niemowlęta w interakcje ze światem, z opiekunami. Ten świat może reagować na nas lub też może pozostawić nas w poczuciu niezaspokojonych potrzeb, tak jakby nas nie było. Z tej interakcji zaczyna rodzić się nasze poczucie “jestem”. Jednocześnie warto zaznaczyć, że tożsamość nie jest czymś trwałym, niezmiennym, stałym.

Jest płynną formą, plastyczną, tworzącą się z chwili na chwilę, będącą efektem bardzo złożonych interakcji. Jeśli pamiętamy, że źródłem tych odczuć jest tak naprawdę ciało, to widzimy, że tożsamość tworzy się z chwili na chwilę, z oddechu na oddech, z jednego odczucia na drugie.

Stwierdzenie “mam tożsamość” pora zamienić na “bywam tożsamością”.

Zaciekawiło mnie to w kontekście praktyki zen, kiedy podczas medytacji na poduszce (zazen) nasze interakcje z otoczeniem są ograniczone, ale absolutnie nie zerwane. My nadal czujemy, nadal słyszymy, zauważamy to, co dzieje się wokół, ale nie wchodzimy z tymi bodźcami w kontakt bezpośredni. Kiedy tak moment po momencie wracamy do oddechu, do czucia ciała na poduszce, a jednocześnie nasze interakcje są ograniczone, może dojść do rozluźnienia się tożsamości. Możemy wówczas doświadczyć tego, jak ona się w ogóle tworzy, ale nie jest to doświadczenie z poziomu umysłu, intelektu, ale z poziomu właśnie czucia, z poziomu cielesnego.

Jednocześnie nasuwa mi się refleksja, że niektóre nurty rozwoju osobistego czy duchowego, które zachęcają do “rozpuszczenia ego” oraz twierdzą, że efektem rozwoju powinno być rezygnacja z ego, mają często w swojej “ofercie” praktyki wykluczające ciało z doświadczania życia.

Wykluczanie może mieć różny charakter, może to być celibat, umartwianie ciała, medytacja na obiekcie wyobrażonym, a nie w kontakcie z realnym światem, dążenie do oderwania się od ciała poprzez różne środki. Są eksperymenty, które potwierdzają, że zerwanie interakcji ciało-środowisko poprzez ascezę, dłuższy pobyt w pustelni czy niektóre psychodeliki, może doprowadzić do utraty przez człowieka poczucia rzeczywistości.

Kiedy tracimy kontakt cielesny z rzeczywistością, tracimy też dostęp do realnego życia.

Kiedy pozbawimy się możliwości czucia ciała, wtedy ego przejmuje kontrolę, a funkcją ego – jak sugeruje Lowen – jest tworzenie obrazów, wyobrażeń, koncepcji. Człowiek odcięty od doświadczania życia cieleśnie, zaczyna żyć w swoich fantazjach, przekonaniach, które mają niewiele wspólnego z realnym światem.

Abyśmy żyli w oparciu o stabilną – co nie oznacza absolutnie sztywną – tożsamość konieczna jest równowaga między ciałem a ego. Ciałem, który dąży do przyjemności i zaspokojenia potrzeb, i ego, które – jak pisze Lowen – dąży do władzy i wpływu na środowisko. Dopiero w tym tańcu będzie mogła tworzyć się zdrowa tożsamość, w której “pomieści się” wszystko. Także praktyka zen.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.