Przed nami wrześniowe i październikowe sesshin oraz wrześniowy Kurs Wprowadzenie do zen (szczegóły znajdziecie TUTAJ). To dobry moment na zastanowienie się dlaczego wybieramy właśnie odosobnienia zen, jak właściwie rozumiemy i czujemy tę praktykę? Co nas w niej pociąga, na co liczymy? I najważniejsze pytanie: co tak naprawdę – według nas – robimy podczas zazen?

Jeśli nie będziecie pytać, nie dostaniecie tego;
jednak jeśli zapytacie, w rzeczy samej okazujecie
brak szacunku dla samych siebie.
Jeśli nie będzie pytać, w jaki sposób się dowiecie?
Jednak mimo wszystko musicie wiedzieć, w jaki
sposób pytać zanim wam się to uda.
/Szpik mędrców, Mistrz zen Foyan/

 

Celowo na początku nie wspomniałem o medytacji, albowiem z tym słowem utożsamiamy tak wiele różnego rodzaju praktyk wyrastających z przeróżnych kierunków światopoglądowych, że jest to częsty powód nieporozumień podczas rozmów o „swojej ścieżce medytacji. Wspominałem zresztą o tym w ostatnim wpisie, do którego zapraszam TUTAJ.

W takim razie jak to jest z zen?

Co tak naprawdę robimy, kiedy siadamy do zazen?

Przede wszystkim zacznijmy od tego, że zen uważa się za ortodoksję buddyzmu. Można powiedzieć, że jest to praktyka urzeczywistnienia doświadczenia Buddy. Chodzi w niej o wgląd w rzeczywistość, którą Budda opisał – zaraz po oświeceniu – następująco: nie istnieje nic, co byłoby oddzielone, nic, co byłoby samodzielnie istniejącym bytem, nic, co istniałoby samo z siebie.

Istnieje tylko i wyłącznie ciągła interakcja „czegoś z czymś”, gdzie te dwa czynniki nie są stałe, nie mają esencji, źródła, rdzenia. Najlepiej oddamy naturę rzeczywistości mówiąc „jest tylko współistnienie”. Idąc krok dalej, możemy powiedzieć, że rzeczywistość jest tez i współtworzona przez nasz umysł, dlatego jednocześnie nie istnieje ona coś konkretnego, obiektywnego. Wgląd w to przeżycie jest pierwszym ważnym aspektem nauk Buddy.

Drugim filarem doświadczenia Buddy jest stwierdzenie „an-ata”, czyli że nie istnieje żadne „ja”, „self”, żadne „mi” i „dla siebie”, które byłoby nieśmiertelne,  a więc i stałe oraz odrębne od reszty zjawisk . Kuszące byłoby stwierdzenie, że buddyzm neguje istnienie jaźni, tymczasem nie jest to precyzyjne, gdyż buddyzm niczego nie neguje. On raczej sugeruje, że ta jaźń, do której przywiązujemy tak dużą wagę, nie jest czymś stałym. Jest procesem, tzn. że powstaje z momentu na moment dzięki interakcjom, które w Sutrze Serca nazywa sie skhandami.

W oparciu o te dwa wglądy Buddy zen stworzył dydaktykę, która wspiera w osiąganiu przebudzenia, czyli wglądu w naturę rzeczywistości. Jednocześnie właściwsze byłoby tutaj zaciekawienie się “co to jest to JA?”, niż nastawienia “ja medytuję”.

Podstawowe pytania w zen, z którymi pracujemy, to „Jak to jest?” oraz „Kim ja jestem?”.

W efekcie praktyka zen nie jest drogą do lepszego samopoczucia, do stania się spokojniejszym, a zwykle takie oczekiwania mamy względem medytacji. Praktyka zen „oferuje” możliwość doświadczenia jak dochodzi do tworzenia się tego JA, a jednocześnie nie oznacza to, że jest jakiś „ktoś”, kto tego doświadcza. Jest jedynie – dosłownie! – tylko doświadczanie.

Jak wspomniałem, praktyka zen pozwala doświadczyć, że jaźń – tak jak wszystko inne – nie jest ani stała ani niezależna, tylko jest ciągłą interakcją. Dlatego też nie ma sensu szukać w zen efektów takich jak „uspokojenie umysłu”, gdyż jego de facto nie ma. Ta jaźń, ten umysł są dosłownie wynikiem myślenia, a podczas zazen przestaje ono być w centrum naszej aktywności. Doskonale oddają to słowa Dogena: „Studiowanie siebie to zapominanie siebie.”

Dydaktyka zen prowadzi więc do uprzytomnienia sobie, że nasze postrzeganie rzeczywistości jest błędne. Jednocześnie bardzo wyraźnie widzimy, że jeśli nasza jaźń nie jest stała, to znaczy, że jeśli nie stworzą się pewne interakcje, to zatrzyma się proces jej tworzenia. Chodzi tutaj o to właśnie zapominanie, o którym pisał Dogen. Podczas zazen chodzi więc o zapomnienie o myśleniu, a poprzez to o kreowaniu siebie poprzez myśli, o braku identyfikacji z nimi. Jednocześnie nie jest to trening bycia w kontrze wobec myśli.

Zazen określamy także jako ucieleśnienie czystej, żywej obecności.

To stan nieidentyfikowania się z niczym, z żadną myślą, z żadnym zjawiskiem. Podczas medytacji zen chodzi nam o to, aby być tak mocno obecnym, aż zapomnimy o identyfikacji z myślami, które pojawiają się. Na przykład siedząc w zazen, jesteśmy tak bardzo obecni przy oddechu, mamy otwarte oczy, aby nie wpaść w senność, że zapominamy o myśleniu o czymkolwiek, także o tym, że siedzimy. I wtedy stwarzane są warunki, w których możliwe jest uświadomienie, że rzeczywistość nie jest taka, jak nam się zwykle wydaje. Warunki sesshin sprzyjają temu doświadczeniu, właśnie poprzez eliminację pewnych bodźców czy zminimalizowanie interakcji, jednak każdy moment jest dobry, aby przebudzić się.

Pamiętajmy, szykując się na kolejne, a może dopiero pierwsze sesshin w naszym życiu, że w zen nie chodzi o poprawę rzeczywistości, o stawanie się „lepszym człowiekiem”, ale o wgląd w naturę rzeczywistości, gdzie nie funkcjonują takie pojęcia jak „dobrze, źle”. To okazja do doświadczania rzeczywistości bez społecznie ustalonych pojęć, osobistych wyobrażeń i „kalek” naszego umysłu. Niekoniecznie jest to doświadczenie, którego oczekujemy wchodząc na ścieżkę zen, ale z pewnością jest to doświadczenie dające pewien rodzaj wolności. wewnętrznej przestrzeni.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.