Ciało, Umysł

Przez ciało do życia

Żyjemy z tak absurdalnym filtrem na rzeczywistość, że wszystko, dosłownie wszystko, musimy uzasadniać. Im zrobimy to inteligentniej, bardziej elokwentnie, tym będziemy lepiej odebrani. Powiedzenie komuś “nie, bo tak czuję” albo “tak, bo czuję, że to jest ok” spotyka się nierzadko z ironicznym uśmiechem, bywa traktowane niepoważnie. W pewnych kręgach wręcz “nie przystoi”.

 

W miarę, jak na nowo doświadczamy połączenia ze swoim
wnętrzem, z potrzebami naszego ciała, pojawia się zupełnie
nowa umiejętność – ciepłego uczucia do własnego „ja”.
/Stephen Cope/

 

Niestety, nie tylko nie mamy, ale też nie chcemy ciału zaufać. Zwykle wynika to z poczucia, że kiedyś nas zawiodło. To poczucie bywa mgliste, nieuświadomione, ale jak przekonuje Stephen Porges (twórca teorii poliwagalnej) warto wiedzieć, że ciało zawsze jest po naszej stronie. Nawet jeśli nie rozumiemy jego reakcji.

W takim razie co nam daje świadomość ciała, jej odkrywanie, pogłębianie, rozwijanie? Nie będzie to wcale lepsza kontrola nad ciałem, nad jego reakcjami, gdyż ten aspekt “nie jest o tym”. Nie będzie to też większa pewność siebie i zdecydowanie w działaniu, które częściej wynikają one z intelektu, a mu daleko do pokory względem procesu, jakim jest życie. Pokory, która nie jest uległością, słabością, ale pokory opartej na szacunku względem czegoś szerszego, głębszego i zdecydowanie bardziej rozległego niż nasze ludzkie “ja”.

Świadomość ciała to natomiast dostęp do wielu zasobów, takich jak umiejętność ustalania, a raczej wyczuwania, na bieżąco swoich granic – fizycznych i emocjonalnych – oraz granic innych ludzi. To krok ku pogłębieniu intuicji, poprawie zdrowia emocjonalnego i fizycznego, choć tak naprawdę ten podział jest umowny. To pewien rodzaj wewnętrznego kompasu, który wspiera w ustawianiu się w życiowym zamęcie, również tym informacyjnym, który od 2-3 lat towarzyszy nam wyjątkowo mocno. I równie mocno wpływa na nasze życie.

Wspomniany zamęt to m.in. nadmiar informacji, który towarzyszy wielu aspektom życia – od toczącej się w Ukrainie wojny, zagrożenia nuklearnego, o którym w Polsce aktualnie jest coraz głośniej, po tematy, które wkładamy na półkę  tych lifestylowych, a mianowicie upływ czasu, starzenie się, wchodzenie w inne etapy życia, które w naszym społeczeństwie często wyznacza albo pesel, albo sytuacje takie jak dorastanie dzieci czy kończenie ważnych relacji, śmierć rodziców czy utrata przyjaciół.

Z jednej strony chcemy być nowocześni, interesujemy się polityką, gospodarką, nowymi technologiami, chcemy być tolerancyjni i z uważnością wypowiadamy się na tematy, których często do końca nie rozumiemy, jak np.  nieheteronormatywność, prawo i związki jednopłciowe, dyskutujemy o “za i przeciw” procedur medycznych, które jeśli nas nie dotyczą bezpośrednio to są trudne do zrozumienia, jak np. tranzycja czy in vitro. Staramy się również nadążyć za zjawiskami, na które nie ma już szansy zamykać oczu, a więc zmiany klimatyczne, zawalenie się gospodarki opartej na dotychczasowych źródłach energii, a jednocześnie wpadamy w pułapkę – nie potrafimy rozmawiać swobodnie, a nawet myśleć, o takich aspektach ludzkiego życia, jak starzenie się, śmierć bliskich osób, chorowanie, umieranie. 

W tych tematach, które są nierozerwalnie związane z ludzkim życiem, i wcale nie są jego ciemną stroną, ale tą najbardziej naturalną, poprzez którą tak naprawdę definiuje się zjawisko życia, jakoś stronimy od powagi. Obracamy je w żart, uciekamy się do dowcipów, sarkazmu, albo mówimy o nich z lękiem, albo wręcz wypieramy i wmawiamy innym, że “wszystko jest w głowie”, że “teraz 60 to jak kiedyś 40”. Nie wypowiadamy głośno słów takich jak śmierć, starość, ledwie przechodzi nam przez gardło menopauza czy andropauza, bo albo wydają nam się przerażające albo żenujące, a już na pewno nie na miejscu w świecie, w którym od 50 latki oczekuje się, aby wyglądała jak 30 latka, bo “przecież da się”, a od 60 latka, aby wciąż udowadniał swoją wartość sprawnością fizyczną i wigorem 40 latka. 

Tymczasem tak długo jak nie zaufamy swojemu ciału i temu, co nam mówi o naszych wyborach, potrzebach, czyli temu jak nawiguje nas po życiu, tak długo będziemy żyli w zamęcie. Także informacyjnym, który zbyt często bazuje na lęku. Klikalność materiałów, czy to o wojnie, kryzysie uchodźczym, finansowym czy też o kolejnych zabiegach podtrzymujących młodość czy macierzyństwie starszych celebrytów, bazują na naszym lęku przed zmianą, upływem czasu, koniecznością puszczenia tego, co znajome i oswojone, a pójściem w stronę tzw. nowego. 

Tymczasem, jeśli nie zatrzymam się i nie zaznajomię z moim lękiem przed starością, byciem niedołężną, zależną, samotną, tak długo będę wstydziła się przyznać publicznie ile mam lat, a uwagę “a nie wyglądasz” uznam za komplement. W sumie to nasza osobista decyzja, albo raczej otwartość, czy zauważamy, albo raczej czy wyczuwamy, w jakąś wartość dla nas w tym zatrzymaniu się przy sobie i poczuciu siebie.

I tutaj na scenę wkracza świadomość ciała; chciałoby się napisać “cała na biało”, ale ona zwykle wchodzi po cichu, nie zauważona. Jest bowiem czymś tak niespektakularnym i nie robiącym wrażenia, że trudno o niej pisać. Poza tym sporej części z nas nie wystarcza cierpliwości, aby dać jej szansę rozwinąć się. 

Świadomość ciała jest jak kompas, pokazuje nam gdzie jestem w życiu, w jakim punkcie ważnej dla mnie relacji, na jakim etapie pracy ze swoją świadomością. Pokazuje też czy jest we mnie przestrzeń na zmiany, czy z szacunkiem przyjmujemy swoje zmęczenie, chorobę, wiek. Pokazuje również czy mam odwagę stanąć twarzą w twarz z naturalnymi procesami życiowymi czy też staram się je “przechytrzyć” i schować za symbolami młodości, hedonizmem albo syndromem Piotrusia Pana. 

W obszarach rozwojowych, duchowych często “chowamy się” w głowie, sporo czytamy, myślimy, ba, lubimy się pochwalić, że “mam to wszystko przemyślane, poukładane i wiem jak jest”. Jakże rzadko szczerze możemy powiedzieć “czuję to, odczuwam tak a tak”. Za krótko, za płytko, a przede wszystkim zbyt rzadko zostajemy przy tym, co ciało mówi, co sygnalizuje. Nie lubimy tych komunikatów, tych ograniczeń, albo raczej podpowiedzi, że to może niekoniecznie w tym kierunku powinniśmy iść. Jeśli więc w uproszczeniu powiemy, że “ciało nie kłamie”, to rzeczywiście część z nas ma się czego obawiać. 

A jaki ma to związek z praktyką zen? Gdzie ten słynny zen, a gdzie zwykłe ludzkie ciało? Przecież do zen z nabożnym szacunkiem “przyklejamy” etykiety takie jak duch, oświecenie, bycie tu i teraz, bycie poza czymś tam, nie myślenie, itd? Tymczasem nie ma praktyki zen bez bycia przy ciele. Owszem zen można studiować, poznawać, dyskutować i pisać o nim, i całkiem nieźle spędzać czas. To wszystko jest “dla ludzi”, ale kiedy wpadnie nam do głowy praktyka i wejdziemy w nią na dłużej, z nieco większym zaangażowaniem niż “raz na jakiś czas”, to prędzej czy później dotkniemy cielesności. Może nawet mocniej niż kiedykolwiek do tej pory, mocniej niż w sporcie, jodze, obszarze wellness, seksie?

Życie bowiem “dzieje się” i manifestuje przez ciało. Życie czyli wszystko, cokolwiek się wydarza. I to nie “nam wydarza”, ale po prostu wydarza. Bez żadnej celowości, struktury, bez systemu kar i nagród, tylko po prostu zadziewa się z chwili na chwilę. Nie poprzez umysł, myśli, koncepcje, ale właśnie poprzez ciało. Intelekt czasami funduje nam “kalkę” tego, co czytamy, o czym słuchamy, a my bierzemy to za własne doświadczenie.

Ciało tymczasem nas nie zwiedzie, ale to, co nam pokaże może być mniej spektakularne, a przez to mniej atrakcyjne czy wiarygodne dla nas. Tutaj warto zrobić jedno zastrzeżenie: im bardziej jesteśmy odcięci od ciała, im mniej mamy dotkniętych swoich emocjonalnych ran i im mniej wiemy o sobie, tym sygnały z ciała mogą być przez nas mylniej zinterpretowane.

Świadomość ciała daje nam dostęp do bezpośredniości życia, do dosłownego przeżywania rzeczywistości bez “pośredników”. A jakakolwiek próba opisu tego jest już wyprowadzaniem czytającego na manowce.

Najprościej byłoby po prostu usiąść na poduszce:

Naprawdę nie ma powodu, abyśmy w tym życiu mieli się ciągle miotać bez opamiętania.

Nawet jeśli ktoś zamieszał w mojej herbacie truciznę, nie robiłbym z tego powodu wielkich scen.

Bo dlaczego miałbym to robić? Już tylko jeden cykl zazen na poduszce zawiera w sobie wszystko.

Nie ma „rzeczywistego zazen”, niż tylko ten zazen, który ćwiczysz właśnie w tej chwili.

                                                                                                                    (Kodo Sawaki)

 

Komentarze dla Przez ciało do życia

  1. Maciej pisze:

    No, świetnie!!!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.