W okolicy 1 listopada, a więc dnia Wszystkich Świętych – mocno zakotwiczonym w tradycji katolickiej – sporo mówimy o znaczeniu bycia świadomym ciągłości swoich losów, powiązania ze swoimi przodkami oraz o poszanowaniu i daniu należnego miejsca temu, co rodzinne w naszym życiu. Wynika to z niepodważalnego faktu, że każdy z nas jest “wynikiem”, konsekwencją ich – rodziców, dziadków, pradziadków – wyborów. Nie jesteśmy tylko “kopią” genetyczną, ale także spadkobiercami pewnego stylu życia, wartości, przekonań. Często to właśnie listopadowe odwiedziny grobów zatrzymują nas przy tej myśli.

Silne i niezwykle bezpośrednie powiązanie wszystkich z wszystkimi szczególnie w tych dniach mocno w nas pracuje. Nie jest to bowiem aspekt życia, z którego można zrezygnować, od którego można odwrócić się. Owszem, na jakiś czas można, ale przychodzi moment, że ta świadomość bycia – poprzez własną rodzinę – częścią wielkiego procesu zwanego Życiem przebija się do nas wyjątkowo mocno. I zwykle ten aspekt Wszystkich Świętych podkreślamy co roku.

Tymczasem dzisiaj chciałbym zwrócić waszą uwagę na jeszcze inne dwie “twarze” nadchodzących dni. Jedną z nich jest nasza własna śmiertelność. Być może podczas odwiedzania grobów bliskich, poświęcicie także temu nieco uwagi, bowiem wskrzeszanie pamięci ludzi, którzy kiedyś szli z nami przez życie, to naprawdę dobry moment, aby zatrzymać się również przy sobie i zobaczyć, jak ja się mam z własną wizją śmierci, jaki jest mój stosunek do niej, czy w ogóle mam poczucie i akceptację, że jest to najpewniejszy moment życia?

Niemal wszyscy mamy awersję do faktu skończoności – i to zarówno życia ludzkiego, życia naszych domowych zwierząt, trwałości związków, które mają być “już na zawsze”, atrakcyjności, niezależności czy pozycji zawodowej. Wypieramy śmierć nie tylko ze swojej głowy, ale także z przestrzeni społecznej, towarzyskiej i tak długo jak się da traktujemy ją jak coś, co nas nie dotyczy. Żyjemy tak, jakby nasze życie, aktywność społeczna, zawodowa, rodzina nie miały końca, jakbyśmy żyli w niekończącej się historii.

Częściej ze śmierci żartujemy niż mówimy o niej na poważnie. Czasami robimy to ze strachem, ale rzadko – za rzadko! – na spokojnie, na poważnie. A przecież bywają choroby, diagnozy, które tysiące ludzi każdego dnia konfrontują z własną kruchością. Owszem postęp w medycynie pozwala radzić sobie z wieloma poważnymi chorobami, czy to onkologicznymi czy przewlekłymi, w sposób, który daje komfort życia i ułatwia powrót do zdrowia lub w poważniejszych przypadkach – przedłuża znacząco życie.

Zaskakujące jest jednak, że prawie każdy bywa zaskoczony, kiedy otrzymuje poważną diagnozę. Wielu z nas wali się wtedy świat. Tymczasem – mogłoby się wydawać – że każdy dorosły i świadomy człowiek powinien w swym dorosłym życiu poświęcić choć trochę czasu na zastanowienie się jaki jest jego stosunek do śmierci, jak zachowa się w momencie choroby, a przynajmniej jak chciały się wtedy ustawić względem leczenia i miesięcy, a czasami lat, niepewności. Zachęcam do pobycia także z tą refleksją, do nieuciekania od własnej śmiertelności w cały szereg rytuałów związanych z listopadowym świętem.

Kolejny aspekt Wszystkich Świętych to uświadomienie sobie, że – jakby to górnolotnie nie zabrzmiało – życie to ciąg “małych śmierci”, strat, żałoby. Tracimy przecież, począwszy od dzieciństwa, regularnie w różnych obszarach życia. Tracimy zaraz po porodzie bliskość matki, kończą się nasze dziecięcy przyjaźnie, tracimy złudzenie istnienia Świętego Mikołaja, nieomylności rodziców. Rozczarowują nas pierwsze zakochania i kończy się nasza wielka miłość, ta “po grób”. Kończą się złudzenia co do roli pracy i pieniędzy w życiu. I kończy atrakcyjność fizyczna, a czasami sprawność intelektualna. Przeżywamy ból po utracie autorytetów i ból po rozczarowaniu nawet sobą samym. To wszystko to tzw. małe śmierci, dzięki którym tak naprawdę wzrastamy, dojrzewamy, a życie i tak płynie dalej.

Być może gdybyśmy w toku dorastania byli przygotowywani, czyli edukowani psychologicznie, emocjonalnie w kierunku świadomego przeżywania tego wszystkiego, co zwykle jawi się nam jako nieprzyjemne, byłoby nam łatwiej dostrzec, że śmierć nie jest nigdy jednostkowym, nagłym, wyjątkowym zdarzeniem w naszym życiu. Ona jest zawsze tuż obok, podobnie jak narodziny.

Analogicznie do “małych śmierci” możemy mówić o “małych narodzinach”, czyli zawiązaniu nowych znajomości, przyjaźni, które choć wydają się krótkie, bo nawiązane w dorosłym wieku, ale mają już inną głębię, pójściu w stronę nowych miłości, zauroczeń, odkryciu nowych kierunków w naszym rozwoju zawodowym czy pojawienie się nowej pasji. To wszystko dzięki postawie obecności – a przecież to właśnie ona jest przedmiotem naszego treningu w zen – może przez nas płynąć. Owszem może ranić, ale może, a nawet będzie, także nas radować. Może dawać dostęp do pełni życia rozumianej jako przeżywanie całokształtu życia.

Wszystkich świętych to przede wszystkim doskonała okazja do zatrzymania się przy tzw. świętości bytu, czyli przy bycie traktowanym jako całość, jako coś niepodzielonego; przy wglądzie, że życie – i każdego z nas, i ogólnie – jest ciągłością, która ma w siebie wpisane narodziny i śmierć. Tak, tą właśnie śmierć, o której tak bardzo boimy się myśleć i rozmawiać. Być może dlatego, że jest ona nie tylko przerwaniem ciągłości biologicznej, ale także naturalnym rozkładem struktury tożsamości, która kiedyś dzień po dniu tworzyła się, do której jesteśmy tak bardzo przywiązani, a która w pewnym momencie życia zaczyna się rozkładać. I to wszystko jest nadal częścią życia i wymaga uszanowania, a nawet świętowania. Być może zbliżający się tegoroczny dzień 1 listopada, będzie dla was okazją do świętowania przejawu życia w każdej postaci. Do nie wykluczania z niego niczego.

Życzę więc nam wszystkim dobrych nadchodzących dni, godzin, które spędzimy zatrzymując się nieco dłużej niż zwykle nad grobami. Życzę nam odwagi w kontemplowaniu każdego aspektu życia. Każdego.

I zostawiam was na koniec z wierszem Ursuli K.LeGuin z tomu wierszy “Dotąd dobrze”, który ukończyła tuż przed śmiercią. Wierszy z których płynie zadziwienie i zauroczenie tajemnicą ludzkiej śmiertelności.

Liście
Lata wyprawiają cuda z naszą tożsamością.
Bo co to znaczy, że to ja
jestem tym dzieckiem na fotografii
z Kishamish z 1935 roku?
Równie dobrze mogłabym powiedzieć, że
jestem cieniem liścia tej akacji
ściętej siedemdziesiąt lat temu
i sunę po kartce, którą czyta dziecko.
Równie dobrze mogłabym powiedzieć, że
jestem słowami, które czytam lub które napisałam,
migotaniem cienia i słońca,
gdy wiatr przebija się przez liście.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.