Nie wiem czy „kapnęłabym się”, gdyby nie choroba. Nie wiem, czy uznałabym to za ważne, gdyby nie setki godzin siedzenia na poduszce, słuchania i czytania mistrzyń i mistrzów.

Przechodziłam najpopularniejszą w ostatnim czasie chorobę, a przynajmniej wskazywały na to testy z supermarketu. Wracałam do łóżka już któryś raz tej nocy rozbita i bez energii. Od tego momentu będę szanować chorowanie, rozbicie, rozpad, dezorganizację, chaos.

Bo jest ryzyko, że to, co zorganizowane może w którymś momencie zastygnąć i stać się martwe. Jeśli działa zawsze w ten sam sposób, staje się przezroczyste, niewidoczne. Nie widać tego, a jednak uwiera. Jest niewidoczne, a jednak zasłania. Możliwe, że uwiera, bo zasłania.

Tym razem nie zdążyło się zorganizować.

Gdy w półśnie wracałam do łóżka, pojawiło się poczucie, że jest jakoś inaczej. Nie obudziło się to, co budzi się z chwilą otwarcia oczu za każdym razem. Nie pojawiły się – tak bardzo oswojone, że aż niewidoczne – myśli i doznania w ciele. Nie obudziła się Magda, a jednak coś przecież nie spało. To, co nie spało, po prostu żyło.

Gdybym miała pożyczyć słowa, których używają inni, to najbardziej adekwatne wydają się: przestrzeń, nieograniczoność, obecność, świadomość, jedność. Religie monoteistyczne używają słowa na B, ale nie przechodzi mi ono przez klawiaturę. Powiedziałabym raczej zawszeobecność. Ale to są rzeczowniki, dość statyczne. A to było pulsujące i żywe.

Zrozumiałam dlaczego mówi się, że żadne słowa nie są adekwatne. Te o życiu i pulsowaniu też. To jest niewyrażalne. Nawet cisza, tak, jak rozumie ją umysł to też nieodpowiednie słowo. A jednak dobrze, że się próbuje o tym mówić. I jak dobrze, że można tego doświadczyć. Znowu nie wiem czy to dobre słowo. Może bardziej być tym?

Dobrze, że to w ogóle daje się poznać. Bo pojawia się klarowność, a na poziomie wrażeń i doznań – ulga.

Mam w głowie scenę z filmu „W pustyni i w puszczy”, w której Nel wyjmuje słoniowi kolec z podeszwy stopy (nie jestem pewna czy to, co mają słonie to są stopy). Pamiętam pełną napięcia scenę i ulgę, którą odczułam razem ze słoniem.

Tym razem też po prostu przestało uwierać. I w zasadzie tyle. Bez uniesień. Wystarczyło, że Magda nie przejmuje kontroli i od razu jest lekko i świeżo. Zwyczajnie. Normalnie. A jednak niezwykle. Jeszcze nigdy nie było tak dobrze.

Uśmiechnęłam się i poszłam spać. W pokoju i zaufaniu. Wiedziałam, że to nie zniknie, bo to nie znika. Zawsze jest. Nie da się tego od-pamiętać. Choć można zapomnieć.

Następnego dnia obudziła się Magda. No i co z tego?

Przestała być groźna. Przestała przerażać. Straciła kontury.

Pamiętam, że kiedyś tak bardzo chciałam, żeby zniknęła. Kiedy w końcu rozpuści się to cholerne ego? Przecież tego nie ma. Przecież to iluzja. A kysz! Zgiń, przepadnij! Cała nadzieja w oświeceniu.

Ach, te Magdy koncepcje oświecenia. Dopiero teraz widzę, że ich też nie ma. Tak jak Magdy. Nie ma, a jednak uwodziły.

Skoro Magdy nie ma, to dlaczego uwiera?

To prawda – nie ma. Nie mam wątpliwości. Nie ma Magdy, ale uwiera. Nie ma jej, ale działa. Na tym polega przekręt. Dlatego tak trudno „się kapnąć”.

Magda codziennie budziła się i zaczynała działać. Nie dawała żadnej szansy – zrywała się na równe nogi i nie zostawiała nawet sekundy na to, żeby spojrzeć z innego miejsca niż ona sama. I codziennie działała w ten sam sposób włączając te same przezroczyste myśli i te same niezauważalne napięcia w ciele. Ta powtarzalność sprawiała wrażenie stałości, namacalności. A jednak nie dawała się prześwietlić. Doskonale się ukrywała. Tak blisko, że już bliżej nie można.

Czasownik doskonale udawał rzeczownik.

Teraz Magda panoszy się czasem mniej, czasem bardziej dotkliwie. Ale to nie ma znaczenia.

To, co uwiera, to niezgoda na Magdę. Jeśli Magda działa z ukrycia, jeśli jest niewidoczna, to trzeba się zgodzić na wszystko. Nie ma innego wyjścia. To wystarczy, żeby nie ulec podstępnemu terrorowi Magdy. Teraz rozumiem, co miał na myśli Jiddu Krishnamurti mówiąc: nie mam nic przeciwko temu, co się dzieje.

Magdy nie ma, ale działa. Magdy nie ma, a jednak chcę się nią opiekować. Dopiero teraz potrafię z czułością. Dopiero teraz widać wyraźnie przerażone zwierzątko (wcześniej widać było tylko przerażający świat). Żadne tam wewnętrzne dziecko, czy ciało bolesne. Zwierzę. I to raczej z gatunku gadów niż ssaków, takie, które reaguje zerojedynkowo. Walczy albo ucieka. Atak lub unik. Czasami udaje martwe. Czasami trwa to tak długo, jakby naprawdę nie żyło.

Kiedyś usłyszałam taką definicję traumy: to brak umiejętności przeżywania życia w czasie rzeczywistym, brak umiejętności bycia tu i teraz. Mam wrażenie, że trauma i Magda to to samo. Mechanizmy obronne. Strategie przetrwania. Przetrwania właśnie. Nie życia. Dlatego to tak uwiera. Żywe pulsujące życie nie uwiera, choć bywa niesympatyczne. Im mniej Magdy, tym więcej życia.

Szukam swojego języka, który mógłby opisać zawszeobecność. Już wiem skąd poezja w sufizmie, paradoks w buddyzmie, przypowieści w chrześcijaństwie. Rozumiem skąd koany w zen. Tao Te Ching to genialne dzieło. Tak samo jak Kubuś Puchatek i Muminki. I wiele innych książek dla dzieci. Najczęściej myślę sobie o Tym matematycznie: 100 procent i 360 stopni. Ufam, że język pojawi się w miarę mówienia.

_____________

Autorka

Magdalena Chmielewska

mam płynną tożsamość zawodową; płynę wokół psychologii, pisania, spotykania się w kręgach. Jestem współautorką dziennikarskiej książki „Alchemia snu. Od cierpienia do spełnienie”. Lubię zadawać sobie pytanie czy czuję się żywa. Oprócz tego gotuję dla swojej rodziny, słucham snów, ćwiczę jogę, utulam swój nerw błędny, kompostuję odpadki i maluję podobrazia.

Książka „Alchemia snu. Od cierpienia do spełnienie”, której współautorką jest Magda, jest do nabycia TUTAJ.

 

2 komentarzy dla To jest zwyczajne

  1. TE1 pisze:

    Żywe pulsujące życie nie uwiera, choć bywa niesympatyczne. Im mniej Magdy, tym więcej życia. Więcej życia czyli czego?

  2. Wiesława pisze:

    Cudownie spokojna rozmowa z osobą, która jest zwyczajnie i duchowo sobą. Serdeczności <3

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.