Tematem, który zajmuje nas od prawie dwóch miesięcy, jest wojna na Ukrainie. Sytuacja, która – według optymistów – miała trwać kilka tygodni, przeciąga się coraz bardziej, staje się coraz bardziej skomplikowana, a przede wszystkim dramatyczna i pociągająca za sobą kolejne ofiary.

 

Uznając rzeczy za istniejące,

rozmijacie się z ich prawdziwą naturą,

Jednak uznając rzeczy za puste,

mijacie się z rzeczywistością.

/Strofa Wiary w Umysł, Trzeci Patriarcha Zen/

 

Jeszcze trzy-cztery lata temu jakakolwiek pandemia wydawała nam się zdarzeniem co najmniej zaskakującym, tematem książki czy filmu s-f, a nie transformującą niemal każdą dziedzinę naszego życia codziennością. Podobnie atak Rosji na Ukrainę – jest tym, czego nie spodziewalibyśmy się jeszcze dwa lata temu.

Obecnie w Polsce dużo osób jest zaangażowanych, nie tylko emocjonalnie, ale przede wszystkim praktycznie, w pomoc uchodźcom z Ukrainy. Znaczna część ludzi, z którymi mam kontakt, wspiera tych, którzy zostali zmuszeni do ucieczki z terenów objętych wojną. Robią to spontanicznie, bez kalkulacji “że tak trzeba”, tylko po prostu z serca. Jednocześnie spora część praktykujących zen zadaje pytanie: co robić? jak żyć teraz? co mogę zrobić?

Zanim spróbujemy znaleźć jakąś odpowiedź lub zaryzykować tezę, że jej nigdy nie znajdziemy w tej konkretnej sytuacji, chciałbym zatrzymać się przy innym aspekcie związanym z wojną. Ma on jednak bezpośredni wpływ na to, co się aktualnie dzieje. Wojna, która się toczy w Europie, nie jest pierwszą i niestety być może nie ostatnią, co nie umniejsza oczywiście jej dramatu i tragedii ludzi, którzy jej doświadczają.

Myśląc o wojnie bardzo często skupiamy się na tym co zewnętrzne, na sytuacji, gdzie każdy z nas może wskazać, kto jest agresorem, a kto zaatakowanym. Dzielimy tutaj obie strony konfliktu na atakujących i broniących się. Postrzegamy wojnę jako coś absolutnie zewnętrznego, coś, co toczy się “poza nami”.

Pora postawić tezę, że – czy nam się to podoba czy nie – tak naprawdę cały czas żyjemy w stanie wojny. Wbrew okolicznościom, woli różnych osób czy wręcz istot, wkraczamy w część posiadłości innych, ingerujemy w ich opinie, uczucia, chcemy przesunąć ich w inną przestrzeń wychodząc z założenia że tak jest ok. Żyjemy w przekonaniu, że to nasze pomysły, poglądy, potrzeby są powszechnie obowiązującymi. W ten sposób uzasadniamy nasze – jakże często – przemocowe działania.

Zobaczymy teraz jak dużo jest w naszej codzienności – języku, rozmowach, a także wewnętrznych monologach słownictwa, które jest wzięte z narracji wojennej. Zobaczmy jak w często w naszych rodzinach, wśród przyjaciół, w miejscach pracy zdarzają się lub po prostu regularnie toczą konflikty. Czy tego jesteśmy świadomi czy też nie, słownictwo wojenne stało się naszą codziennością.

W pracy jako jednostka czy zespół zdobywamy pozycję na rynku, bronimy miejsca lidera w branży, walczymy o wyniki, atakujemy konkurencję. W systemach religijnych podobnie – walczymy o prawdziwą wiarę, zwalczamy wrogów religii, stawiamy opór złu, mamy zagrożenia ze strony niewiernych, mamy obrońców wiary. W zależności od tego, po której stronie się znajdujemy, czujemy się albo atakowani, albo jak obrońcy.

Podobnie mamy w obszarze własnego zdrowia. Tutaj też stajemy do walki z nowotworami, walczymy ze słabością, stawiamy opór pandemii, prześcigamy wirusy. I dalej w obszarze zdrowia emocjonalnego: walczymy z nami samymi, walczymy ze słabościami charakteru, wadami, tym czego w sobie nie lubimy, likwidujemy w sobie złe nawyki. To nastawienie jest ciekawe i opiera się na narracji wojennej, mimo że jesteśmy w gabinecie lekarskim, psychologicznym.

Następnie, zanurzeni w takim słownictwie, przychodzimy do zendo i zaczynamy od nowa: walczymy z myślami, mierzymy się z obawami, uczuciami, które nazywamy negatywnymi. Traktujemy pewne części naszej osobowości jako coś wrogiego. Nastawienie naszego systemu emocjonalnego jest cały czas takie same i próbujemy urzeczywistnić to wojenne słownictwo jako walkę w naszym życiu. Także podczas medytacji. Póki tak jest, póki jesteśmy w stanie wojny, jest rzeczą niemożliwą, aby w naszym otoczeniu, na każdej z płaszczyzn, nie dochodziło do tego, co nazywamy walką, która opiera się na podziałach, sympatiach i antypatiach.

Postawa podczas zazen ma naprawdę dużo do czynienia z tym, co się dzieje na zewnątrz nas, oczywiście w sensie umownym. Ta zależność jest nawet większa niż byśmy chcieli i znajduje się odzwierciedlenie w poczuciu niepokoju wewnętrznego. Rzadko ktokolwiek z nas stwierdza, że teraz jest spokojny, a ten wewnętrzny spokój wyobrażamy sobie jako zniknięcie tego wszystkiego, co nas niepokoi. Jak widać tutaj od razu wkrada się podział, który kieruje nas w stronę wyeliminowania z życia pewnych aspektów. Idzie to tak daleko, że zdarza się, że niektórzy z praktykujących zen chcą nawet zwalczyć cały umysł 😉

Tymczasem w historii zen nie ma mistrzów, którzy radziliby jakąkolwiek walkę, jakiekolwiek osiąganie, aby dojść do stanu spokoju. To tylko my prywatne interpretujemy sobie nauki zen czy chan jako stan spokoju, rozumianego jako brak różnic, antagonizmów, które – co ciekawe – sami generujemy.

Wynika to między innymi z naszej socjalizacji, wychowania. Większość z nas wzrastała w kulturze chrześcijańskiej, w której walczyliśmy przeciwko pokusom i grzechom, a teraz na ścieżce zen walczymy z umysłem, z własnymi myślami. Tak naprawdę nadal gramy w tę samą grę. Znowu mamy pomysły co jest wrogie, a co przyjazne.

Tak naprawdę, problem tkwi w postawie w jakiej jesteśmy. Tymczasem w zen nie chodzi o zmianę filmu, o zmianę praktyki, ale zorientowanie się, że jesteśmy w kinie. Tutaj nie chodzi także o zbojkotowanie filmu czy wyjście z kina, tylko o oglądanie tego filmu z pełną świadomością, że jest to film, a jednocześnie nie z postawy obserwatora, ale osoby zaangażowanej we własny serial.

Kiedy już wkraczamy na ścieżkę zen i nadal tkwimy w mentalności zdobywcy – tym razem wglądu, oświecenie, pełnego umysłu, jedności – to wciąż jesteśmy w postawie negującej to, co jest. W postawie negującej życie. Zobaczenie, uświadomienie sobie tego, ba, doświadczenie tego jest punktem, w którym zaczyna się zen.

W słynnym wierszu Trzeciego Patriarchy Zen jest taki fragment:

Najwyższa Droga nie jest trudna

Dla tych, którzy nie rozróżniają.

Nie lgnijcie ani nie odrzucajcie,

A z pewnością jasno zrozumiecie.

Zobaczmy, że nie ma tutaj słowa o obojętności, tymczasem wielu adeptów zen sądzi, że zen wymaga wręcz obojętności, że kluczem do postawy spokoju jest stanie się nieczułym na to, co miłe i co niemiłe, dobre i niedobre. Tymczasem tutaj chodzi po prostu o brak ocen, a nie bycie obojętnym: Dla tych, którzy nie rozróżniają. !

I dalej, w wierszu czytamy:

Jeśli jednak popełnicie najmniejsze rozróżnienie,

Znajdziecie się tak daleko, jak niebo od ziemi.

Jeśli pragniecie, aby to się pojawiło,

Nie bądźcie ani za, ani przeciw.

Walczące ze sobą za i przeciw

To choroba umysłu.

Nie rozpoznawanie tajemnej zasady

Zakłóca pierwotny spokój umysłu.

Podstawą tej “choroby umysłu” jest nasze złudzenie, że musimy pozbyć się stworzonego przez nas sztucznie konfliktu pomiędzy różnymi zjawiskami oraz odpowiadającymi im emocjami. Wracając do – jakże bliskiej nam – narracji wojennej, zawsze stawiamy się w sytuacji ataku, obrony, w kontrze. Tymczasem podczas zazen siedząc, chodząc doznajemy różnych emocji, pojawiają się różne odczucia, myśli. Niektóre z nich nazywamy przyjemnymi, inne nie. Co z nimi robić, lgnąć, odsuwać?

W zazen byłoby dobrze zostawić to, co pojawia się tak, jak jest, czyli nie wypierać niczego, ani nie uciekać:

Nie lgnijcie ani nie odrzucajcie.

Jeśli okoliczności są ku temu, to będziesz smutny, jeśli są inne, to będziesz się śmiać. Jeśli z kolei uważasz, że powinieneś się tylko śmiać, to coś nie gra. Pełnia, także naszego zdrowia emocjonalnego, niczego nie wyklucza.

Tutaj nie chodzi nawet o sam proces rozróżniania, ale o twierdzenie i życie według przekonania, że tylko 50% jest dobre. Uświadomienie sobie tej tajemnej zasady to podstawowa postawa w zen. Pamiętajmy, że myślenie w oparciu o przeciwstawności nie opisuje rzeczywistości w 100%! Problem nie polega na tym, że my płaczemy albo śmiejemy się, ale że tkwi w koncepcji, że tylko jedna opcja jest prawidłowa i automatycznie odrzucamy drugą.

W zen nie chodzi o odrzucanie czegokolwiek, nawet jeśli w nasze wytrenowane bipolarne myślenie wdziera się podział chcę- nie chcę, ładne – nieładne, moralne – niemoralne. Tutaj, na tej ścieżce chodzi o przeżywanie tego wszystkiego i w przeżywaniu patrzenie jak to JEST:

Próby powstrzymywania się od działania

Wypełnią was tylko działaniem.

czy dzięki stagnacji w dualności

Zdołacie postrzec jedność?

oraz

Oświecenie oznacza przekroczenie zarówno pustki,

Jak i formy.

Nie ma potrzeby poszukiwać rzeczywistego;

Po prostu pozwólcie odejść swym poglądom

Ta selekcja doprowadza w nas do wojny, albo nawet możemy powiedzieć, że już stan selekcji jest wojną. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że nadzieja, że będzie inaczej niż jest, że w końcu będzie jak chcemy, już jest wojną wypowiedzianą temu, co JEST.

Bądźmy więc na tyle przytomni podczas siedzenia na poduszce, aby nie iść na żadną wojnę, aby jej nawet nie zaczynać. Choć tutaj na początek. I pamiętajmy, tak naprawdę nie ma szansy wygrać żadnej wojny. Począwszy od tej naszej osobistej, wewnętrznej:

Droga jest doskonała niczym wielka przestrzeń,

Wolna od braku czy nadmiaru.

Z powodu chwytania się i odrzucania,

Nie potraficie jej osiągnąć.

Nie uganiajcie się za uwarunkowanym istnieniem;

Nie zatrzymujcie się też w akceptacji pustki.

Tylko bezstronnie postrzeżecie, że wszystko jest jednym.

A pomieszanie zniknie samo z siebie.

 

Książki Alexandra Poraj-Żakieja wydane w Polsce znajdziecie w fundacyjnej księgarni www.madrosc.pl -> TUTAJ

 

7 komentarzy dla Jaką wojnę chcesz wygrać?

  1. Maciej pisze:

    Maciej
    23 kwietnia 2022 o 16:46
    Panie Alexandrze!Pytanie moje dotyczy tego,co w swojej książce : ,,Ani joga,ani zen.Chrześcijańska medytacja głębi” zawarł szwedzki karmelita,o.Wilfrid Stinissen. Powołał on się tam na zwierzenia holenderskiego trapisty (Thomasa Jurgensa).,,Cudowne jest przeżycie jedności całego stworzenia,zadowalało mnie bycie ponad wszelkimi sprzecznościami.Miałem wrażenie,że wspinam się na coraz wyższe stopnie mistyki:przy każdym kroku światło stawało się coraz silniejsze,a widoki piękniejsze’a równocześnie nie zauważałem,że atmosfera stawała się coraz chłodniejsza. Zaczynałem tracić coś,nie będąc tego świadomym. Nigdy nie przeszło by mi przez myśl,aby tego szukać, gdyby w pewnym momencie to jakoś samo nie przyszło.Co to było?Bóg. Nie Bóg filozofów ,podstawa istnienia: z tą podstawą identyfikowałem się coraz bardziej,ale Bóg Abrahama,Izaaka i Jakuba,Ojciec naszego Pana Jezusa Chrystusa.To ostatnie doświadczenie miało długie i głębokie działanie,i było mi wstyd. Nagle uświadomiłem sobie,jak wielki popełniłem błąd,identyfikując żywego Boga Przymierza z anonimową podstawą,i że medytacji zen nie da się nazwać modlitwą.Modlitwa bowiem jest w istocie osobowym odniesieniem do Boga,naszego Ojca. Zapewne zen prowadzi do przeżyć mistycznych.Wydaje się,że nie ma tu różnicy.A jednak ona jest.Jaka?Taka sama jak między podróżą poślubną a wyjazdem samemu,choć obiera się tę samą trasę.Podróż poślubną spędza się razem z umiłowaną osobą:wszystko stoi pod znakiem miłości.Natomiast samotną podróż podejmuje się na własną rękę-za nią nikomu nie trzeba być wdzięcznym”(Świadectwo opublikowane w 'Monastieke Informatie’,niderlandzkim czasopiśmie dla benedyktynów i trapistów, 1971.).Zwracam się do Pana jako do Mistrza zen, a zarazem teologa,mającego wgląd w oba światy,z prośbą o ustosunkowanie się do powyższego.Pozdrawiam gorąco i przepraszam za kłopot.

  2. TE1 pisze:

    Aleksander czy chcesz powiedzieć, że zanim samo z siebie zniknie pomiszanie to zen nie ma żadnej odpowiedzi na pytania: co robić?, jak żyć teraz?, co mogę zrobić?

    • Alexander Poraj Żakiej pisze:

      Dokładnie tak: w zen nie znajdziemy żadnej wskazówki, podpowiedzi „jak żyć, co robić?”.
      Nie ma tutaj nawet aspiracji, aby udzielać jakiejkolwiek gotowej odpowiedzi.
      Jeśli mielibyśmy pokusić się o regułę, to brzmiałaby ona: „wszystko w zależności od”, ale jednocześnie zaznacza, że nie jest to relatywizm, ale doświadczenie, świadomość, że nie istniej nic samo z siebie, nic trwałego, nic do czego mogłaby się odnosić jakakolwiek reguła.
      Pozdrawiam

  3. TE1 pisze:

    Dążąc do oświecenia, już zbaczasz z drogi. Nie zmierzaj do żadnego celu. Tylko głupiec wiąże się z celem.
    Wciąż zbaczam z drogi, jestem tylko zwykłym głupcem.

  4. Wiesława pisze:

    Dziękuję za to, co czytam na wszystkojedno. Dziękuję też panie Alexandrze za świetny artykuł-rozmowę w „Zwierciadle”. Czuję się dobrze, czuję się częścią jedności, jakkolwiek by na nią patrząc, nie patrzeć… a jednak widzieć 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.