Wiele osób wchodzi w praktykę duchową z przekonaniem, że uzdrowią przy okazji swoje problemy emocjonalne, a jeśli tak się nie dzieje, przerzucają odpowiedzialność albo na zbyt krótką praktykę, albo nieskuteczności wybranej ścieżki. 

 

Znajdziemy także osoby, które uważają, że “dobry uczeń” nie potrzebuje niczego więcej poza “naukami nauczyciela”, że proszenie o wsparcie to wstyd, oznaka słabości, że będąc na ścieżce duchowej, a już szczególnie zen, który ma opinię “praktyki surowej”, należy radzić sobie samemu i nie okazywać emocji. Są również wspólnoty czy nauczyciele, którzy sugerują takie właśnie zasady albo grupy tak hermetyczne, że jakąkolwiek ingerencję z zewnątrz traktują jako zamach na swoje “życie”. Bywa też, że uczeń potrzebujący wsparcia psychoterapeutycznego jest odrzucany przez wspólnotę, jako ten słabszy, a nawet traktowany jako zagrożenie dla “czystości nauczania”, szczególnie jest jest ono “sprzedawane” jako cudowny eliksir na wszystko. Kolejnym punktem, w którym mogą rodzić się nieporozumienia odnośnie miejsca terapii na ścieżce duchowej, jest przekonanie, że to co duchowe zostaje w sferze sacrum, a to co ziemskie, a więc w domyśle – słabsze, w sferze profanum. 

Zbyt rzadko uświadamia się praktykującym, że każde doświadczenie, każde, a więc także duchowe, przemija i stopniowo zanika jego wpływ na nas. Sporo oczywiście integrujemy, ale jesteśmy w naszej praktyce przede wszystkim “ludzcy”, a więc z czasem intensywność doświadczenia blednie i ponownie stawiamy czoło starym – albo starym w przebraniu nowych – wzorcom postępowania, napięciom w ciele, mechanizm obronnym. Oskarżamy je o nasze cierpienie, zapominając jednocześnie, że ta część naszego życia – codzienność z różnego rodzaju rozterkami – także jest ścieżką duchową. 

Jack Kornfield w jednej ze swoich książek wspomniał, że ponad połowa osób uczestniczących w kilkumiesięcznych odosobnionych nie jest w stanie praktykować tradycyjnej medytacji wglądu z uwagi na nieprzepracowane czy nawet nieuświadomione emocje. Bywa, że podczas odosobnienia czujemy, że “coś zintegrowaliśmy”, a powrót do codzienności, do pracy, rodziny pokazuje jak wiele wciąż w nas neuroz, złudzeń, bólu. Często także starsi nauczyciele czy mistrzowie nie dostrzegali tego, jak mocno ich osobista historia wpływała na przekazywane nauki, na sposób towarzyszenia innym w drodze, nie wspominając o relacjach z uczniami.

Co w takim razie może dać nam terapia? Choć raczej należałoby napisać: “z czego możemy skorzystać, co możemy sobie wziąć”, bo o dawaniu czegokolwiek nie ma tutaj mowy. Na pewno w większości przypadków psychoterapeuta rezonujący z nami, uważny na nasze potrzeby, pracujący w nurcie, który najlepiej pasuje dla naszych potrzeb i osobowości, jest w stanie wesprzeć nas w tym, aby życie było postrzegane jako mniej bolesne, aby nie powielać toksycznych modeli, aby “ruszyć z miejsca”, aby w pełni odczuwać i nazywać to, co czujemy, ale aby nie „zalewało nas” to, kiedy siedzimy w ciszy, podczas np. zazen.

Psychoterapia to szansa na przepracowanie swoich trudnych, często traumatycznych doświadczeń, zrozumienie dlaczego nasze życie wygląda tak, a nie inaczej. W wielu przypadkach dobra terapia wzbogaca ścieżkę duchową, czyni ją głębszą, bardziej świadomą i dojrzalszą. 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *