Często wśród adeptów zen pojawia się pytanie czy praca z koanem wzbogaca praktykę zen. Aby odpowiedzieć, przypomnijmy, że zen “patrzy” JAK JEST, a nie DLACZEGO I PO CO. Zbliżanie się do postrzegania przez pryzmat “jak jest?” to krok ku demonstracji albo opisowi. Z kolei praktyka nasycona pytaniem “dlaczego?” skłania do rozważań, dociekań, czyli procesu intelektualnego.

Skoro na pewnym podstawowym poziomie nie potrzebujemy naprawy,
to nasze codzienne, zwykłe życie jest nie tyle problemem, który trzeba by
rozwiązać, ile raczej już samym tym rozwiązaniem, którego poszukujemy.
/Barry Magid/

 

Być może czujecie już intuicyjnie, że praktyka nastawiona na doświadczenie i zobaczenie “jak jest” jest dostępna dla każdego. Nie ma tutaj potrzeby wchodzenia w historię zen czy buddyzmu, zagłębiania się dzieła filozofów, nie potrzeba rozległej wiedzy i oczytania w pismach buddyjskich. Wystarczy chęć praktykowania i doświadczenia jak jest.

Podstawowym filar, na którym opiera się buddyzm są słowa Buddy, które miał wypowiedzieć tuż po przebudzeniu, a mianowicie, że nie istnieje nic samo z siebie, nic co nie byłoby współtworzone. Jak to się ma do zen (chan)?

O zen możemy śmiało powiedzieć, że jest zagęszczeniem doświadczenia przebudzenia Buddy, a więc nie opiera się na spekulacjach, ale na zanurzeniu w doświadczeniu “jak to jest?”. Dlatego zen nie jest filozofią, nie opiera się na rozważaniach, ale kładzie nacisk na żywe doświadczenie. Podczas zazen chodzi bowiem o ucieleśnienie doświadczenia Buddy, o poznanie natury rzeczywistości, ale nie z poziomu intelektu (choć to takie kuszące i atrakcyjne), ale z poziomu doświadczenia cielesnego, choć rozróżniania umysł-ciało jest już pewnego rodzaju odejściem od praktyki zen.

W zen nie znajdziemy więc spisanych nauk, rozważań, instrukcji co zrobić, aby przebudzić się, ale spotkamy się tzw. koanami, które współcześnie bardzo rozpalają wyobraźnię praktykujących, a ich rola obecnie jest z pewnością inna niż kiedyś. Koany to paradoksalne opowieści, pytania, anegdoty, które mają na celu ćwiczenie umysłu poza jego świadomą częścią. Są próbą wybicia umysłu z kolein, ze schematu myślenia.

Jednak rolę tę może spełnić każde inne zdanie, niekoniecznie ze zbioru starożytnych koanów. Może to być zdanie/pytanie, które pojawi się werbalnie – lub też nie – w rozmowie, wymianie między uczniem a nauczycielem czy mistrzem. Koan uderza w nasze ludzkie opinie, przywiązania i przekonania, gdyż to wszystko jest bardzo mocno zanurzone w dualizmie i z czasem coraz bardziej nas ogranicza. Właśnie to jest “celem” koanu.

Najbardziej znany zbiór koanów to Mumonkan (Bezbramna brama), stworzony w XIII wieku przez mistrza Wumena Huikaia. W sposób dydaktyczny “ubiera” on najważniejsze wglądy Buddy i ma bardzo ciekawy układ przypowieści.

Pierwsza z nich to znany chyba każdemu adeptowi zen:

Mnich zapytał kiedyś mistrza Zhaozhou: Czy pies ma naturę buddy? Mistrz odpowiedział: Mu!”.

Słowo Mu znaczy “nie, nie jest, nie ma”, a taka odpowiedź byłaby niezgodna z naukami Buddy, według którego “każdy to ma, każdy tym jest”. Z kolei jeśli spojrzy się na Mu! jak na dźwięk przypominający muczenie krowy, to trafiamy w sedno naszych wyobrażeń jak powinna wyglądać odpowiedź. Równie dobrze mogłoby to być szczekanie psa czy śpiew ptaków. Ten koan uderza w ludzką potrzebę szukania konkretnej odpowiedzi i oferuje nam czystą abstrakcję. Ta “pułapka” nie polega na odpowiedzi czy pies ma naturę Buddy czy też nie, ale ma nas doprowadzić do zobaczenia jak bardzo jesteśmy tym pytaniem zanurzeni w dualizmie, a koan jako “narzędzie” zen wspiera w bezpośrednim doświadczeniu natury rzeczywistości.

Drugi koan jest bardzo długi i opowiada o mnichu, który odrzucał zasadę przyczyna-skutek. Za karę musiał się narodzić jako lis. Taki sposób rozumowania był powszechny i właśnie tutaj koan rozbija opinię o kontynuacji czyli zarazem też o substancji, która byłaby podstawą istnienia oraz jego przemian. Mnich to mnich, a lis to lis. Istnieje bezpośredniość z momentu na moment, a nie kontynuacja czegoś, cokolwiek by to nie było, także tzw. nasze ludzkie życie. Każdy moment jest tylko i wyłącznie przejawem niezliczonej ilości uwarunkowań współoddziałujących jako przejaw tego, co właśnie jest.

Kolejny znany koan, który u części wzbudza zaskoczenie to tzw. palec Gutei:

Gutei podnosił palec do góry, kiedykolwiek pytano go Zen. Chłopiec służący zaczął go naśladować podnosząc palec w taki sam sposób. Kiedy gość zapytał go, o czym mistrz uczy, chłopiec wniósł tylko palec. Gutei usłyszał o żartach chłopca. Złapał go i obciął mu jeden z palców nożem. Kiedy chłopiec biegał w koło podwórza krzycząc wniebogłosy. Gutei zawołał go, kiedy ten się odwrócił, pokazał mu jeden z palców. W tym momencie chłopiec doznał oświecenia. Kiedy Gutei miał umierać, powiedział zebranym mnichom:
– Otrzymałem ten jeden palec Zen od Tenryu. Używałem go całe życie i wciąż nie wyczerpałem go. Po czym skonał.”

Koan pokazuje, jak łatwo bierzemy od innych narrację, nie rozumiejąc, nie czując, co tak naprawdę stoi nie tylko za słowami, ale także za gestami. Kopiujemy innych, najchętniej tzw. mistrza. Ta przypowieść pozwala niemal fizycznie poczuć, że przebudzenie jest poza umysłem, jest niezwykle cielesnym doświadczeniem, niekoniecznie związanym z przyjemnymi odczuciami.

Można pokusić się o stwierdzenie, że cały zen opiera się na tych trzech koanach: pierwszy uświadamia naturę Buddy, drugi – pokazuje anatta (nie-Ja) , a trzeci mówi, że nie ma nic absolutnie stałego oraz kładzie nacisk na uświadomienie zasady tworzenia i funkcjonowania tożsamości.


_________

Jeśli ten wpis Cię zainteresował czy zainspirował, wesprzyj naszą redakcję.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Książki Alexandra Poraj-Żakieja wydane w Polsce znajdziecie w fundacyjnej księgarni www.madrosc.pl -> TUTAJ

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *