Nikt już chyba nie wątpi, że ciało jest swoistym zapisem wszystkich naszych historii. Także tych z życia płodowego czy z porodu. Dzięki rozwojowi epigenetyki możemy śmiało iść krok naprzód i stwierdzić, że jest to zapis nie tylko naszych historii (”naszych”, czyli tej konkretnej tożsamości którą nazywamy “ja”), ale że nasze ciała noszą zapis także historii transgeneracyjnej; i tutaj nie musimy ograniczać się do własnej rodziny. To jednak już temat na osobny wpis.

Angielskie słowo healing, oznaczające uzdrowienie, ma swój
starożytny źródłosłów w określeniu whole, czyli całość, co
wyjaśnia obecność w tym języku dwóch bliskoznacznych terminów
opisujących zdrowienie: wholesome i healthy.
Zdrowienie jest zatem stawaniem się całością.
Ale jak stać się całością w większym stopniu, niż
jesteśmy nią obecnie?
Albo co sprawia, żę przestajemy nią być?

/Gabor Mate/

Przeżyta trauma – a na potrzeby tego wpisu przyjmuję, że jest to zdarzenie, które było ponad miarę, ponad możliwości naszego układu nerwowego w danym momencie życia – znajduje odzwierciedlenie w tzw. profilu psychofizycznym, fizjologicznym, funkcjonalnym ciała. Oznacza to, że każda trauma jest widoczna w ciele, a jednocześnie nie oznacza, że jest łatwa do zauważenia. Owszem pewne wzorce zachowania, postawy, wygląd różnych części ciała wprawne oko terapeuty wyłapie.

Nie chodzi jednak o śledzenie w ciele oznak przeżytych trudów, ale o należny ciału szacunek. Bowiem każde spotykane przez nas ciało – jak i nasze własne – nosi tę trudną historię w sobie. Jest nią. Ucieleśnia ją chwila po chwili nie tylko w gabinecie psychoterapeuty. Uogólniając, możemy powiedzieć, że jeśli “mamy się dobrze w świecie”, to nasze ciała w naturalny sposób adaptują się do rzeczywistości, są w pewnego rodzaju dynamice, a jednocześnie nie straszny im bezruch, zatrzymanie.

Bezruch jest w ogóle ciekawym stanem, gdyż z jednej strony zmęczeni pogonią przez codzienne życie, tęsknimy za nim, a z drugiej strony, właśnie on jak nic innego potrafi silnie aktywować w nas trudne stany emocjonalne, otwierać rany psychiczne, uruchamiać wspomnienia jak z puszki Pandory. I jeśli temu wszystkiemu przyjrzymy się z perspektywy praktyki zazen, to łatwiej zrozumiemy, dlaczego ta właśnie praktyka w swojej prostocie bywa tak trudna i otwierająca jednocześnie.

Osoby, które noszą w swojej historii doświadczenie nadużycia, bycia przytłoczonym fizycznie, mogą bezruch podczas zazen odbierać jako zagrażający, jako unieruchomienie czy wręcz impuls do zamrożenia. W szczególnych przypadkach może to retraumatyzować, ale częściej automatycznie uruchamia trudne emocje/uczucia: smutek, niepokój, lęk. Siadając na poduszce w zendo i ufając, że tu i teraz jesteśmy bezpieczni dajemy sobie – czasami po raz pierwszy w życiu – okazję na pozostanie dłużej ze swoimi stanami psychofizycznymi. Co więcej, czasami dopiero wtedy widzimy, że stany fizyczne i stany emocjonalne nie istnieją w oddzieleniu od siebie, ale że przenikają się, współtworzą, współistnieją.

Bywa też, że u części osób bezruchu staje się schronieniem dla cierpienia, pozwala bardziej zaktywizować się w swoich mechanizmach obronnych, zamrozić i zamknąć to, co bolesne w ciele. I siedzieć “spokojnie” w niewzruszonej postawy przez kolejne dni odosobnienia. W ten sposób także powracają do doświadczenia nadużycia, ale tym razem dokonują go niejako sami na sobie.

Traumy trwające latami, czasami od wczesnego dzieciństwa, kiedy nasza tożsamość dopiero się kształtowała, znajdują odzwierciedlenie w napięciu mięśni, w oddechu, gestach, odruchach, jak i blokach w różnych częściach ciała. Zazen w swojej bezpośredniości i niejako nagości gestów, eliminacji zbędnych rytuałów, które mogłyby zaangażować ciało, prowadzi nas w stronę ucieleśniania obecności, w której jest wszystko. Także to, co niby już za nami, a co ciągle dźwigamy w sobie, w zapisie naszych ciał.

Bywa też, że podczas zazen najwięcej “wydarza się” wewnątrz – w naszym brzuchu, gardle, klatce piersiowej. Są to kolejne echa bolesnych doświadczeń, często teraz w dorosłym życiu możliwe do świadomego przeżycia w bezpiecznej i wspierającej relacji terapeutycznej. Jednak zwykle wtedy, gdy miały miejsce, były ponad nasze siły – ponad siły dziecięcego, niedojrzałego układu nerwowego. Jednak podczas zazen to, co wydarza się nie ma powiązania z liniowym rozumieniem czasu. To co niby kiedyś, zadziewa się tu i teraz w tej sytuacji unieruchomienia, a zastygłe w zazen ciało, staje się areną do odtwarzania dramatów sprzed lat.

Zresztą nie chodzi tylko o postawę podczas zazen. Także cisza bywa dla części z nas trudna do wytrzymania lub nawet staje się triggerem. Bowiem w ciszy zdecydowanie wyraźniej słyszymy swoje wewnętrzne głosy, szczególnie jeśli dzielimy tę ciszę z kilkudziesięcioma osobami przez kilka dni. Cisza może również przypominać o tym, że wzrastaliśmy w rodzinie, gdzie milczenie zakrywało to, co trudne, to, co było tajemnicą, a nawet mogliśmy doświadczać karania ciszą; może więc kojarzyć się z odrzuceniem, porzuceniem, samotnością dziecka, które bez dorosłego nie przetrwa. W ciszy podczas odosobnienia nasze dorosłe ciała mogą poza naszą świadomością odtwarzać te stany. 

Trauma, jak podkreślają jej badacze, jest zdecydowanie nieprzewidywalna. Ona nie czeka, kiedy pozwolimy jej wydobyć się na światło dzienne, wybrzmieć w ciszy. Ona mówi stanami lękowymi, niepokojem, chorobami psychosomatycznymi czy autoimmunologicznymi zdecydowanie bez pytania nas o pozwolenie.

Bywa, że podczas sesshin złości nas, że kiedy w końcu decydujemy się “zająć sobą” i posiedzieć spokojnie na odosobnieniu, ciało “komplikuje” nam ten czas. Niby rozumiemy, że nogi, kolana czy plecy mogą boleć i buntować się nieprzyzwyczajone do regularnej medytacji, ale to, co “wyprawia” nasz brzuch, gardło, oddech czy serce wydaje nam się przesadą. Tymczasem w otoczeniu, które jawi się jako bezpieczne, w końcu jest możliwość, aby trauma zamrożona czy uśpiona w ciele wybrzmiała i została zauważona, zanim przykryjemy ją kolorową kołderką z duchowości i nałożymy na emocje i reakcje ciała kolejną zasłonę milczenia.

Warto mieć świadomość, że ciało “odzywa się” nie zawsze na początku przygody z zazen; czasami dopiero po latach. Wszystko zależy od czujności i organizacji naszego systemu nerwowego, mechanizmów obronnych, tego jak radzimy się sobie z tym, co było kiedyś trudne. Jednocześnie pamiętajmy, że nasz mózg jest bardzo plastyczny, mówimy przecież o neuroplastyczności, więc sensownie prowadzony trening zen w połączeniu ze wsparciem psychoterapeutycznym, jeśli pojawi się taka potrzeba, wspiera nas – ciało i umysł, w wychodzeniu z trudności, jakie generuje trauma, także transgeneracyjna.

Jednak nigdy sam trening zen nie zastąpi relacji terapeutycznej. Miejmy też świadomość, że żadna praktyka duchowa, a tak patrzy się często na zen, nie powinna być kolejnym narzędziem/sposobem “panowania nad sobą”. Nie tędy droga.

________
Jeśli ten wpis Cię zainteresował czy zainspirował, wesprzyj naszą redakcję.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

2 komentarzy dla Ciało, trauma, zen.

  1. MACIEJ BIAŁKOWSKI pisze:

    Dzień dobry,
    W kwestii możliwości dziedziczenia traumy oraz zakresu badawczego epigenetyki polecam materiał naukowy: https://www.youtube.com/watch?v=nIWBCDIRQ3Q
    Jako szczęśliwy posiadacz traumy wczesnodzięciecej i fan Gabora Mate mogę tylko zachęcić do obejrzenia materiału spod linka – naprawdę poszerza świadomość w tym temacie, bez powielania popularnych mitów.
    Pozdrawiam

    • Agnieszka Bonar pisze:

      Macieju, bardzo dziękuję za link, znam ten wywiad 🙂
      Jestem ciekawa jak teraz, po dwóch latach od tej właśnie rozmowy, profesor Dragan popatrzyłby na dziedziczenie traumy z poziomu epigenetyki i przez pryzmat badań naukowych, które bardzo mocno idą do przodu.
      Zgadzam się z tym, że część z nas nadużywa tego określenia i nazywa w ten sposób także procesy psychologiczne zachodzące w rodzinie czy społeczeństwie, którym bliżej do traumy transgeneracyjnej, a niekoniecznie dziedziczonej w rozumieniu metylacji genów.
      Profesor Dragan jest świetnym naukowcem, a badacze opierają się przede wszystkim na wynikach badań, jeśli czegoś nie potwierdzają jednoznacznie, oznacza to dla naukowca brak potwierdzenia danej hipotezy. I tak powinno być właśnie w nauce. Wiemy jednak, że nauka co jakiś czas zaskakuje i wywraca pewne teorie do góry nogami 😉
      Studiując 25 lat temu genetykę, biochemię i biotechnologię chłonęłam naukę i uwielbiałam wszystkie stwierdzenia „badania tego nie potwierdzają, więc tak nie jest” ;-)) a jednocześnie teraz – przeglądając niektóre podręczniki sprzed lat – śmieję się, że te nasze pewniki zostały obalone. Szczególnie w obszarze genetyki. Cenię u profesora Dragona to, że nigdy nie twierdzi, że można coś uznać w tym momencie za „kategoryczne”. Jako naukowiec zdaje sobie sprawę, że nauka już niejedne „kategoryczne nie” odrzuciła.
      Obecnie będąc w kształceniu psychoterapeutycznym, mając kontakt przede wszystkim z praktykami Gestalt, patrzę jeszcze inaczej na naukę. Czasami praktycy wiedzą, czują, widzą, odkrywają już coś, co nauka dopiero udokumentuje badaniami. Trzeba cierpliwie poczekać 😉
      Jednak zdecydowanie jestem za łączeniem nauki z praktyką, a nie odrzucaniem badań, które w swej naturze bywają ograniczone różnymi czynnikami.
      Polecam także tekst ze strony Nauka w Polsce https://naukawpolsce.pl/aktualnosci/news%2C99283%2C8-dekad-po-wojnie-polacy-najbardziej-straumatyzowany-narod-swiata.html
      To rozmowa z dr hab. Marcinem Rzeszutkiem, prof. UW, psychologiem, psychoterapeutą Gestalt („Ośrodek JA”), profesorem na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. Tym razem stricte o traumie transgeneracyjnej z czasów II wojny światowej.
      Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *